poniedziałek, 30 lipca 2012

Powieść pisana piórem cz. II

Witaj, Drogi Czytelniku!
Miałam tę część zostawić na później, lecz stwierdziłam, że jednak nie będę nadużywać Twojej cierpliwości.

Rozdział I cz. 2

               Gdyby w ostatniej chwili nie odzyskała czucia w nogach, prawdopodobnie pozostałaby w lesie i nie dożyła jutra. W duchu dziękowała losowi, że mężczyźni byli na tyle głupi, by zostawić pojazd na gazie. Słaniając się z bólu próbowała kierować ciężarówką po nierównym podłożu. Błoto zdawało się dla niej mieć lekko rudawy kolor. Starała się nie myśleć o tym, co ze sobą wiozła, a o wynoszeniu ciał nie mogło być mowy. Po kilkuset metrach droga w lesie odrobinkę się wyrównała, toteż nie musiała już trzymać kurczowo kierownicy. Po raz pierwszy zaczęła zastanawiać się kim właściwie jest. Odruchowo przestawiła lusterko i zerknęła na nie.
- Szlag! – Zaklęła, czego od razu pożałowała, czując jak paląca gula tworzy jej się w gardle. Włosy do ramion miała tak pozlepiane krwią, że trudno było się dopatrzyć ich naturalnego złotawego odcienia. Spod ich bardzo marnej kępki, która zapewne kiedyś była modnie przystrzyżoną grzywką, widać było bardzo duże, błyszczące szmaragdowe oczy. Twarz miała obitą, niemalże fioletową, a gdzieniegdzie nawet zieloną, co kontrastowało ze śladami rubinowej posoki wokół ust i nosa. Od łuku brwiowego aż po środek policzka ciągnęła się szrama, prawdopodobnie skaleczenie jakimś szkłem, których w miejscu zbrodni było pełno. Nos jakby zniekształcony, a już na pewno złamany. Próbowała sobie przypomnieć, co zaszło. „Nie. Nic. Muszę się przespać. Nie, nie mogę. Znajdą mnie. Dobiją…” - natłok myśli spowodował pulsujący ból w jej głowie, toteż postanowiła po prostu wyciszyć wszystkie, bo zatrzymać ich nie mogła i jak na złość przybywały wciąż nowe, drastyczniejsze. Skupiła się na drodze - zaczęło się ściemniać. Kiedy wyjeżdżała panował już całkowity mrok. Gwiazdy coraz śmielej mieniły się na niebie. Nadal bolał ją każdy centymetr ciała, co w sumie miało jedną dobrą stronę, mianowicie nie dało jej zmrużyć oka. Mimo to postanowiła zatrzymać ciężarówkę i odpocząć. Ułożyła się najwygodniej jak potrafiła na siedzeniach. Nawet nie wiedziała, kiedy objęły ją ramiona Morfeusza…
                Promienie słońca nie pozwoliły jej dłużej spać. Czuła się trochę gorzej. Może dlatego, że teraz zdawała sobie sprawę, w jak tragicznej jest sytuacji. Dawniej zapewne biała i elegancka koszula była teraz podarta i brudna, spódnica również niemalże w strzępach, a o pończochach mogła już praktycznie zapomnieć. Nie miała też butów. W takim stanie nie pokazałaby się nawet gdyby znalazła jakąś osadę. Wyobraziła sobie minę ludzi, widzących zwłoki wyglądające kolejno jak ofiary Kuby Rozpruwacza. A może to był właśnie on, tylko w bardziej nowoczesnej wersji? Futurystycznej? „O czym ja myślę!?”. Po chwili do jej nozdrzy ponownie dotarł zwalający z nóg odór. Otrząsnęła się i zaczęła grzebać po rzeczach osobistych mężczyzn. W schowku znalazła suchy prowiant, co wywołało uśmiech na jej twarzy, ponieważ: „głodna świnia wszystko zje”. Pod siedzeniami znalazła ułożone butelki wody, którą mogła zmyć ślady krwi z twarzy i włosów. Zobaczyła też gazety, w których było napisane o wydarzeniach sprzed zeszłego tygodnia oraz jakieś zboczone pornograficzne ścierwa. Westchnęła, kręcąc nosem. Była niemalże pewna, że nie cierpiała w „poprzednim życiu” wszystkiego, co było związane z nielegalnym obnażaniem się dzieci w prasie. O ile można było takie coś nazwać pismem. Natychmiast wzięła butelki i wyszła z ciężarówki. Ustawiła się tak, by była całkowicie zasłonięta, co w sumie nie miało sensu, ponieważ i tak żaden człowiek w tej chwili nie mógł jej zobaczyć. Rozebrała się powoli, jęcząc z bólu przy każdym ruchu. Załatwiła swą potrzebę fizjologiczną. Zauważyła, że w moczu również znajduję się krew. Z przerażeniem stwierdziła, że jej ciało ma wszystkie odcienie granatu aż po kolor zgniłozielony. Kiedy już zrobiła to, co w myślach nazwała mianem odświeżenia, ubrała z powrotem spódnicę i koszulę. Podeszła do klapy. Nie myśląc wiele odsunęła ją. Jej oczom ukazał się widok, który później zadręczał ją do końca życia. Fala okropnego fetoru uderzyła w jej twarz. Była to woń rozkładających się piętnastu ciał. „Nie. Czternastu.”. Zasłoniła dłonią usta, ale mimo to zwymiotowała. Machinalnie zasłoniła klapę. Trwało to wszystko dosłownie kilka sekund, lecz nawet to wystarczyło, by jej stan psychiczny nigdy nie pozostał już taki sam. Nie wiedziała, co w tej chwili ma zrobić z ciałami. „Gdzie tu jest policja?!”. Rozglądnęła się po okolicy. Wokół rozciągała się niesamowita równina. Gdzieniegdzie znajdowały się tylko spalone słońcem krzaki. W oddali widać było zarys jakichś większych skał, prawdopodobnie trzeba by było jechać wąwozem, by szukać zwiastunów cywilizacji. Las, gdzie miał się znajdować masowy grób, był już o kilka godzin w tyle. Nigdzie żadnego oznakowania, nie wspominając nawet o barze. Miejsce, które świat zapomniał całkowicie. Przypomniała sobie o radiu, by chociaż na chwilę zapomnieć o problemach, które mnożyły się niczym króliki pod jej czaszką. Jednak po włączeniu usłyszała tylko szum. Wyskoczyła jak oparzona z ciężarówki. „To jakieś zadupie… a w ogóle jak ja mam na imię?” Cisza. „Ile mam lat?” Cisza. „No, moja wszystkowiedząca głowo, może mi powiesz, czy mam rodzinę?!” Cóż, teraz jej rozum nadal zdawał się milczeć. Odpowiedział jej tylko cichy, smutny wiatr. „Wiedziałam!” Zaczęła chichotać - głośno i histerycznie. Śmiech nagle zamienił się w szloch. Płakała jak maleńkie dziecko i czuła się tak bezbronnie, bo w jednej chwili straciła wszystko. Nawet własną tożsamość. Na twarzy słone łzy sprawiły, że rany zaczęły ją niemiłosiernie szczypać i piec, lecz nie potrafiła ich powstrzymać. Padła na kolana. „Wiedziałam! Wiedziałam! Wiedziałam! Kurwaaaaa…!!!” Zaczęła uderzać pięściami w ziemię. Po chwili wyczerpana cierpieniem, zarówno psychicznym jak i fizycznym, położyła się na ziemi. Ciężarówka dawała jej cień, mimo to pot, który po niej spływał, zdawał się wypalać jej skórę niczym kwas, w miejscach, gdzie było uszkodzone jej ciało. Wpatrzyła się w niebo, którego hipnotyzujący błękit wręcz przyciągał do siebie. Poczuła, że unosi się ponad wszystkim, taka wolna i lekka… niematerialna. Trwało to dosłownie ułamek sekundy, lecz było niesamowitym przeżyciem. Wstąpiła w nią nowa siła, a może po prostu odnalazła dawniej zgubioną nadzieję? Tak jak mała dziewczynka, kiedy gubi swą ulubioną lalkę gdzieś na strychu i po latach ją odnajduje. Wstała ostrożnie i otrzepała się z kurzu i pyłu. Zlustrowała nieobecnym wzrokiem szaleńca okolicę. Otworzyła drzwi pojazdu. Znalazła zapasowy karnister z benzyną, który znajdował się pod siedzeniem pasażera. Obwiązała szmatą twarz, by nie czuć odoru rozpadających się ciał. Powoli odsunęła klapę, odkręciła wieczko pojemnika i ostrożnie wylewała zawartość karnistra na martwe ciała, a potem, uważając by nie zmarnować zbyt dużo płonnego paliwa, oblewała drogę. Kiedy już była na, mniej więcej, bezpiecznej odległości, wyjęła z kieszeni zapałki, rozpaliła i rzuciła na poprzednio rozlaną ciecz, która zapłonęła.
Dziewczyna zaczęła uciekać jak najdalej, by nie stracić życia. Przez dosłownie kilkanaście sekund w jej głowie pojawiały się upiorne obrazy. Wyobraźnia działała w szalonym tempie. Myślała o kasztanowłosej kobiecie – najpierw lekko przypieczonej, a potem rozrywającej się na strzępy przez falę uderzeniową.
W tym momencie jej ciało odrzuciło metr do góry, po czym z łoskotem opadła. Powoli, targana bólem, odwróciła się. Jej oczom ukazał się ogień trawiący furgonetkę.
Dalej musiała udać się na piechotę. Bez wody, bez jedzenia. Potwornie ranna. To zadziwiające, ile ludzki   organizm potrafi wytrzymać w decydujących chwilach. Ruszyła. Za sobą nie posiadała zupełnie nic, mimo to przed nią było jeszcze życie… Skoncentrowała swoje myśli, aby stawiać jedną nogę przed drugą. Sama była żywym trupem. Język opadł jej bezwładnie na wargi i przybrał prawie fioletowy kolor. Skóra, mimo spiekoty, stała się miejscami sinoniebieska. Pozlepiane krwią kudły opadały na twarz, przykrywając i tak dosyć jednolite pole widzenia. Nie identyfikowała tego stanu. Nie myślała już. Szła w ten sposób cały dzień i całą zimną noc. Mrozu nie czuła. Nic nie czuła…





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz