niedziela, 29 lipca 2012

Powieść pisana piórem cz. I

Witaj, Drogi Czytelniku!
Nie będę się specjalnie rozpisywać. Coraz więcej osób przegląda ten blog, niektórzy twierdzą, że nawet jest ciekawy. Postanowiłam tutaj zamieścić maleńki kawałek mojej powieści, która nie ma jeszcze tytułu. Mam nadzieję, iż Ci się spodoba.

Rozdział I cz. 1

Czuła ostry, palący ból. „Nie, nie! Gdzie ja jestem?!”. Światło jarzeniówek wypalało wzrok. Leżała na zimnej, betonowej posadce w jakiejś piwnicy przypominającej laboratorium. Nie mogła się ruszyć, wszystko tak makabrycznie bolało. „Musiałam źle upaść” - przemknęło jej przez myśl, gdy zaczęła odzyskiwać władzę w prawej ręce. Wraz z tym przyszła nowa fala nieludzkiego bólu, tak przerażająca, że żółć napłynęła jej do gardła, powodując serię zakrztuszeń. Tego już było dość. Okropna, koszmarna gehenna. Nie potrafiła nawet określić, gdzie się tak właściwie znajduje źródło cierpienia – zarówno w klatce piersiowej, głowie i podbrzuszu. Otworzyła oczy. I dopiero to, co zobaczyła sprawiło, że zemdlała.
Ocknęła się. Nie wiedziała, po jakim czasie, w każdym razie przynajmniej ból brzucha odrobinę zelżał. Mogła teraz racjonalnie pomyśleć. Starała sobie wmówić, że ból to tylko uczucie -takie jak zmęczenie czy radość. Nic z tego. Nie próbowała nawet wstać. Uchyliła lekko sklejone powieki, lecz szybko je zamknęła z powrotem, czując, że zaraz ponownie zwymiotuje, a tego może nie przeżyć. Odwróciła głowę. Jednak upiorny obraz pozostał w jej głowie. Przed nią leżał trup. Ale nie zwykły trup taki, jakiego widzi się w trumnie podczas ceremonii pogrzebowej. Nie! Nieżywy człowiek miał powyrywane gałki oczne, a ciemność w pustych oczodołach wywoływała skrajne przerażenie. W otwartych ustach nie można było dopatrzeć się zębów. Machinalnie przejechała językiem po dziąsłach. Wydawało jej się, że straciła tylko cztery przednie zęby. Jednak w miejsce euforii znów zaczął pojawiać się przerażający obraz obnażonego trupa wywalonego na bok, bez ręki i połowy nogi odciętej tuż nad kolanem. Ów szczątki teraz znajdowały się porozrzucane nie dalej jak trzy metry za nią, czego akurat w obecnej chwili nie mogła zobaczyć, ponieważ nie miała siły więcej się odwracać i czuła strach przed tym, co się z nią stanie, gdy to ujrzy. Po budowie ciała można było wydedukować, że to kobieta. Kiedyś musiała wyglądać całkiem nieźle. Miała kasztanowe włosy, co oceniła dopiero po jakimś czasie, a nie było łatwo, bo połowa jej głowy była oskalpowana. W końcu odważyła się odwrócić, ponownie otworzyć oczy i spojrzeć znowu. Tak, nie myliła się. Przed sobą miała kobietę o kępce kasztanowych włosów pozlepianych krwią. Zauważyła również, że wokół niej wszędzie są drobne i większe szkła umazane rubinową posoką. „Nie, muszę stąd iść!”. Seria dzikich, płytkich i przerażonych oddechów. „Ucieeekaj!” - nakazywał głos w głowie - jak przypuszczała zdrowy rozsądek. A może jednak chory? Jednak zniszczone ciało zdawało się być jakby poza umysłem i prawdopodobnie miało gdzieś, co siedzi jej pod czaszką. „Trudno. Zostanę tu i zdechnę jak pies…” - zdążyło jej przemknąć przez myśl. Kolejny raz zemdlała.
Obudził ją dźwięk poruszającej się ciężarówki. Miała szczęście – o ile tak można nazwać ów sytuację, biorąc pod uwagę tę masakrę. Leżała na czymś dosyć wygodnym. Dopiero teraz do jej nozdrzy dotarł wstrętny odór rozkładu. Szybko otaksowała, że znajduje się na samym szczycie kopca niczego innego, jak trupów. Jednak gdyby leżała gdzieś w środku, nie miałaby dostępu do życiodajnej mieszanki, czyli powietrza. Nie mogła zanalizować pozostałości najbliższych ciał pod nią, ponieważ było ciemno, lecz miała dziwne wrażenie, że jej było w niemalże idealnym stanie. Oczywiście, pozostanie kilka blizn w okolicach piersi, ud, głowy możliwe, że w kiepskim stanie były też miejsca intymne, ale w porównaniu do tych, którzy prawdopodobnie nie mieli rąk, nóg lub nawet głowy i nie wiadomo, czego jeszcze, było wręcz cudownie. „Najważniejsze, by ocaleć…”. Nagle ciężarówka podskoczyła. Kobieta pomyślała, że nie wytrzyma i krzyknie, lecz wiedziała, że musi być cicho. Wyciszyła również swoje myśli, by przysłuchać się głosom dobiegającym z kabiny kierowcy. Głównie były to przekleństwa pod adresem tego, co było na drodze. Znajdowali się w lesie. „W lesie?!” - krzyknął wystraszony głos w jej głowie - „To będzie jakiś masowy grób! Albo spalą nasze szczątki!”. Szelest ściółki leśnej. Świst dosyć mocnego wiatru tańczącego w koronach drzew.
„- Nie mam siły…
- Umrzesz!
- Chwilkę, muszę pomyśleć…
- Pospiesz się!”
Toczyła w myślach rozmowę ze sobą. Przysłuchiwała się głosom wydobywającym się z przodu, tam gdzie prawdopodobnie siedziało dwóch żywych mężczyzn.
- …nie rozumiesz, Trumnianie?! Wieziemy jakieś piętnaście trupów! Jedzie stamtąd jak skurwysyn! Gdzie my to zakopiemy?! A jak zgarną nas psy? – miał mocny, gburowaty głos.
- Spokojnie... Ojciec mówił, że to załatwi. Pewnie jest już tam wykopana taka dziura, że pół miasta się zmieści. A znasz Ojca - jak mówi, tak robi… - Stwierdził i zarechotał wyjątkowo obleśnie facet, którego zwano Trumnianem. Mówił jakby znużonym głosem, przeciągając sylaby, tak jakby ciągnął tę śpiewkę od niepamiętnych czasów – A przykład masz z tyłu, tę piętnastkę szczęśliwców. – Uśmiechnął się szeroko do siebie, jakby był pewien, że to świetny żart – To już niedaleko. Już prawie jesteśmy…
- To dobrze, bo wleczemy się chyba z godzinę lub więcej… przynajmniej się zdrzemnąłem. – Stwierdził kwaśno facet o tej osobliwej barwie głosu.
Czternaście zwłok pode mną! Dalszej rozmowy nie słuchała. To jej wystarczyło. Uruchomiła już wszystkie szare komórki w jej mózgu.
„- Wyskakuj - rozkazał głos w jej głowie.
- Nie! -  zaprzeczyło ciało.
- Wyskakuj, kurwa, bo…
- Bo co?
- Bo umrzesz, głupia suko!”
„Wariuję…”- pomyślała. Podczołgała się do klapy ciężarówki, skręcając się z bólu. Nie była pewna, czy może chodzić. I czy kiedykolwiek będzie mogła poddać się tej codziennej czynności. Podciągnęła się na klapie, przechyliła… ”Już, już prawie…”. Upadła ciężko na ziemię. Zrobiło jej się czarno przed oczami, lecz mózg, nadal pracował. Musiała, czym prędzej doczołgać się do gęstwiny, w przeciwnym razie mogłaby być zauważona w lusterkach. I tym razem miała niesamowite szczęście, że mężczyźni akurat zajęci byli kłótnią. Mimo że dosyć głośno spekulowali, jeden z nich jednak coś usłyszał.
- Słyszałeś to Trumnianie?
- Co? – Odpowiedział monotonnym głosem mężczyzna o jakże osobliwym pseudonimie.
- Tak jakby… nie wiem…  Zatrzymaj się… - rozkazał gburowaty.
Z przerażeniem stwierdziła, że pojazd zwalnia. Wykonała kilka, w jej mniemaniu, szybkich ruchów, by ukryć się bardziej w zaroślach. Nie zauważyła, że przestała oddychać. Serce zabiło jak oszalałe, tak mocno, że bała się, iż mężczyźni je usłyszą, co oczywiście, było niemożliwe.
Ciężarówka zatrzymała się. Wyszły z niej dwa osobniki płci męskiej. Obaj byli bardzo szczupli, lecz jeden z nich przewyższał tego drugiego co najmniej stopę. W słońcu zalśniły ich ogolone głowy.  Oczy mężczyzn zasłaniały ciemne okulary. Ciało okalał długi, skurzany płaszcz w hebanowym kolorze.
- No i co? – Rzucił niedbale Trumnian, ten wysoki.
- Stul się, na chwilę… - warknął gburowaty, po czym zmarszczył głos. – Nasłuchuję…
Niższy mężczyzna podszedł do tylniej klapy. Były na niej ślady krwi.
- O kurwa jego mać! – Wybałuszył oczy.
- Chyba nie myślisz, że ktoś zmartwychwstał?! – Zaśmiał się szyderczo Trumnian – Objawienie! Hahaha! To jakaś sarna lub radio, lub…! – Zrobił przerażoną minę i wskazał palcem ponad głowę drugiego mężczyzny. Ten, instynktownie się odwrócił, co wywołało kolejną salwę mrocznego śmiechu żartownisia.
- Wieziemy bardzo ważny towar. Jeżeli coś nie wypali, skończymy jak oni. Z tym, że my będziemy się wcześniej modlić o śmierć… Na twoim miejscu jebnąłbym mordę w kubeł i zaczął patrzyć na sprawę poważnie. Bo zabawa już się skończyła. Jeśli nie wierzysz, to chodź tu i zobacz… – Powiedział gburowaty dziwnym, ciężkim głosem.
Wysoki facet opanował szyderczy śmiech, a jego wyraz twarzy stał się zimny, tak jak u jego kompana. Nie zdążył jednak zauważyć śladów krwi obok ciężarówki. Trzy sekundy potem, on i jego kolega leżeli zmiażdżeni na ściółce leśnej. Zmasakrowane ciała nie miały szans, by dalej funkcjonować. Zmarli na miejscu.
 Ciężarówka bardzo powoli wycofała i skierowała się w drogę powrotną. Ptaki zewsząd zdawały się wyczuwać tragedię i panujący niepokój, toteż wydzierały się jak oszalałe. Po chwili niemalże w tym samym momencie zerwały się z drzew i poszybowały w stronę słońca chylącego się ku zachodowi. Niebo miało kolor świeżej krwi, co zwiastowało koniec dnia… możliwe, że również czegoś innego…




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz