piątek, 16 sierpnia 2013

China doll

Witaj, Drogi Czytelniku!
Moja Miłość nie była ze mną szczęśliwa, więc zakończyła związek… 
Zaczęło się dosyć niewinnie, trochę porozmawialiśmy na standardowe tematy, a potem nagle napisał, że mnie zdradził. Bardzo słabo to na szczęście pamiętam, bo stres był tak silny. Błogosławiona blokada poznawcza i zaburzenia dysocjacji. W każdym razie, pamiętam, to co działo się ze mną w bardzo zwolnionym tempie. Nie potrafię tego opisać. Moje serce zamarło, nie mogłam złapać oddechu. Potem zaczęło bić, a każde uderzenie bolało mnie tak, jakby ktoś rozwalał mi klatkę piersiową młotem. Zczołgałam się na parter i chwyciłam Nervosol. Nie pamiętam, ile wypiłam. Wiem tylko, że mój przełyk zaczął płonąć. Rodzice byli zdezorientowani. Wyksztusiłam, że to koniec i żeby dali mi spokój. Ale wiedziałam, że podsłuchują każde słowo, które wypowiadałam do telefonu. Musiałam porozmawiać. Nie byłam wtedy wściekła. Było mi bardzo smutno, ale starałam się zachować trzeźwość umysłu. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że to była najgorsza chwila w moim życiu. I bardzo mi się to nie podoba, jak można w taki sposób zagrać na emocjach? Nawet jeżeli potencjalnie chce się czegoś dobrego. 
Potem On przyznał się, że żadnej zdrady nie było, tylko po prostu był ze mną nieszczęśliwy i chciał jakoś szybko to zakończyć. Faktycznie, przyprawianie o zawał serca, jest najlepszym sposobem na zakończenie związku. 
I pada pytanie: Co jest nie tak, z tobą, do cholery? Nie ma osoby na świecie, która żywiłaby do mnie cieplejsze uczucia. Analizując poprzednie nieudane związki, dochodzę do wniosku, że to we mnie siedzi cała przyczyna tego, że się nigdy nie udaje. Ale przecież… zrobiłabym wszystko dla tej drugiej osoby, żeby tylko  wywołać na jej twarzy chociaż cień uśmiechu. Chyba to jest mi pisane… bycie malutką, samotną łódeczką pośród ogromu oceanu. Albo powinnam się zmienić w sopel lodu i odpłacać się mężczyznom pięknym za nadobne. Jednakże wtedy chyba straciłabym do siebie cały szacunek. 
Myślę, że szczęśliwa byłam tylko w Jego obecności. Starałam się. Naprawdę, bardzo. Jeżeli coś było nie tak, próbowałam to od razu naprawić na swój sposób. Ale chyba ten sposób zawiódł. Już od urodzenia nie miałam łatwego życia, jeżeli chodzi o ścieżkę emocjonalną, psychiczną. 
Teraz tylko muszę odnieść wszystkie rzeczy, które przygotowałam do przeprowadzki, wymyślić jakąś bajkę, że niestety, nie możemy zamieszkać w tym uroczym mieszkanku… Dlaczego w takim razie On pojechał ze mną, by zmierzyć czy meble będą pasować? Jeśliby wiedział, jaki zadał mi tym cios… Tyle razy to powtarzałam, że robienie nadziei osobie zakochanej to najgorsza krzywda, jaką możemy jej wyrządzić.   
Ale muszę wstać, ubrać się, zrobić coś, na co miałabym ochotę, gdyby nie ten stan… Wizyta u kosmetyczki, to byłby dobry pomysł. Trochę rozrywki, trochę kina, trochę starych znajomych, do których nie odzywałam się dawno. Może jakaś Warszawa w końcu. Być może nawet Wiedeń, Schönbrunn i Prater. W sumie mam dużo pieniędzy odłożonych na mieszkanie. Włochy i Francja na razie odpadają, bo nie mam zamiaru zwalać się na głowę kuzynce, która dopiero wzięła ślub i kuzynce, która dopiero się rozwiodła. Nie mogę siedzieć w pokoju, nie mogę leżeć w tym łóżku, nie mogę być w tej okolicy, gdzie przebywał On. Trzeba wziąć się w garść, bo nie ma sensu włóczyć się po domu, pijana od Nervosolu… 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz