środa, 18 grudnia 2013

Sybiriada

Witaj, Drogi Czytelniku!
Moja przyszłość została uratowana. Czuję się dobrze. Wszystko w jednym momencie znowu stało się proste. Myślimy nad przeprowadzką. Bardzo mi to odpowiada, bo lubię żyć na walizkach. Gdybym mogła, zmieniałabym miejsce zamieszkania co kilka miesięcy. Jakoś nie jestem w stanie się na razie ustabilizować w jednym miejscu. Nie chcę wspomnień, sentymentów. Najchętniej zostawiałabym wszystko, tam skąd bym się przeprowadzała. Oprócz Niego. I biżuterii.
Dlaczego się przeprowadzamy? Pozornie sympatyczni współlokatorzy okazali się chorymi psychicznie ludźmi. Zacznę od tego, że na początku ja praktycznie musiałam myć po nich naczynia, ponieważ zdarzało się, że nie myli przez bardzo długi czas (prawie dwa tygodnie). Ale nie skarżyłam się na to, że miałam więcej obowiązków w mieszkaniu niż oni. Po jakimś czasie jednak poprosiłam, by ustalić dyżury.
Kolejną sprawą było to, że mieliśmy bardzo maleńki pokój, gdzie ledwo się mieściliśmy, ale mimo wszystko było nam przytulnie i miło. Jedna ze współlokatorek (Współlokatorka1) zaproponowała mi, żebym dała suszarkę z praniem do kuchni, to będziemy mieć więcej miejsca. Zapytałam innym czy im to odpowiada i nie było problemu. Myślałam, że nikomu to nie przeszkadza, bo pranie ślicznie pachniało i w ogóle w całym mieszkaniu czuć było wiosnę, co również zauważyła Współlokatorka1. Po jakimś czasie jednak Współlokatorka2 tonem, jakbym co najmniej zamordowała kogoś z jej rodziny, kazała mi wynieść suszarkę. Byłam bardzo zdziwiona. Mój Ukochany, wparował do jej pokoju i zapytał co to ma znaczyć i czemu kazali mi wziąć suszarkę. Na to Współlokatorka1 stwierdziła, że czyste pranie ŚMIERDZI, a Współlokatorka2, że zrobi się grzyb. Mój Najdroższy wyśmiał je i stwierdził, że dalsza rozmowa z tymi bezmózgami nie ma żadnego sensu. Wkroczyliśmy na ścieżkę wojenną i od tego czasu, to co mi się nie podobało komunikowałam wprost. Jak widziałam, że kosz w ubikacji jest zapchany tamponami, których żadnej z nich nie chciało się posprzątać – mówiłam żeby w końcu coś z tym zrobiły, bo śmierdzi tak, że nie da się wejść, itd., itp. Już wtedy zaczęliśmy zastanawiać się, by poszukać nowego gniazdka, ale akcją, którą odstawili i po której byliśmy już pewni, że zmieniamy mieszkanie, było zrobienie imprezy i poinformowanie nas o tym w momencie, kiedy się ona zaczęła. Zupełnie nie zapytali nas czy nam odpowiada, a kiedy grubo po 24:00 mój Ukochany poprosił ich, żeby zachowywali się cisazej, wyśmiały go. Dodam, że nazajutrz miałam uczyć się do ważnego egzaminu i chciałam przespać chociaż cztery godziny... Kiedy mój Najdroższy powiedział właścicielowi dlaczego chcemy zmienić mieszkanie, oni zrobili awanturę, że to tak naprawdę my nie potrafimy utrzymać porządku. Współlokator1, który widział jak na kolanach sprzątałam podłogę dosyć sporą ilość razy, nawet się słowem nie odezwał. Śmiechu warte. Właściciel, oczywiście łasy na pieniądze, uwierzył im, ponieważ zajmują dwa pokoje i od nich bierze więcej, więc nawet ich nie upomniał. Teraz już wiem, że całą szopkę odstawiali dlatego, że chcą mieszkać ze swoją koleżanką, która ma zamiar zająć nasz pokój.
Takie sytuacje przekonują mnie, że tych ludzi, którzy nie potrafią żyć w społeczeństwie i zachować kulturę, powinno się wywozić na Sybir.



niedziela, 1 grudnia 2013

Chyba jednak ciężko być mężczyzną

Witaj, Drogi Czytelniku!
Nikt nie potrafi sobie wyobrazić tego strachu, jaki teraz odczuwam. Nie jest to jednak strach przed oparzeniem ani przed ewentualną śmiercią lub inwalidztwem. Nie jest to również żaden z moich eksperymentów.
Czuję się naprawdę strasznie. Najgorsze jest to, że nikomu nie mogę o tym powiedzieć. On stara się mnie jakoś pocieszać, ale coraz częściej traci cierpliwość. Rozumiem to w zupełności, dlatego ze wszystkich sił próbuję nie rozklejać się przy Nim, ale czasem się nie da. Czuję się najbardziej samotną osobą na całym wielkim świecie. Jestem pewna, że On sobie ze wszystkim poradzi. Ale co jeśli ja nie dam rady? Chciałabym to wszystko wykrzyczeć, przekląć tę całą niesprawiedliwość losu. Jednakże zawsze muszę powoli odliczyć do tych cholernych dziesięciu i się uspokoić. Nie mogę przestać płakać, kiedy jestem sama. I czuję się tak cholernie winna tamu wszystkiemu. I nie mogę znaleźć pozytywów... Nie, nie mam depresji. Nie wiem, może jednak trochę mam. Ale odrobinę. Po prostu pragnę mieć to całe życie daleko za sobą.
Najgorsze jest to, że ja wiem jak wszystko będzie wyglądać, bo już raz przerabiałam cały ten scenariusz. Gdybym nie była tak okropną egoistką, to może byłoby mi prościej. Kiedyś wszystko wydawało się takie proste. Znałam odpowiedź na każde pytanie. Wiedziałam co zrobić, kiedy i w jaki sposób. Jechałam gdzieś daleko i myślałam, planowałam sobie życie krok po kroku. A ten cholerny los śmie tak ze mnie drwić. Bardziej kreatywna już nie będę. Nic więcej nie wymyślę. Więc po co to wystawianie mojej psychiki na kolejne próby?
Chciałabym siedzieć w Jego głowie i wiedzieć, co myśli na ten temat. Może też się tak obawia jak ja, a jednak wie, że nie może tego okazać? Ehh, świat się ciągle kręci tylko wokół mnie, lecz co czuje On? Nie chcę zapytać, bo wątpię czy nawet się przyzna. Zna mnie doskonale i wie, że nie ma minuty, bym się nie zamartwiała. A jak mi powie, że przecież sam nie ma pomysłu, co robić, to przecież się załamię. On również nie ma się do kogo z tym zwrócić. Chyba jednak ciężko być mężczyzną.