wtorek, 30 grudnia 2014

Nożyczki i małe ludki

Witaj, Drogi Czytelniku!
Wielkimi krokami zbliża się sesja. Oczyma wyobraźni widzę ją w czarnych barwach. Dzień wczorajszy zaliczam do jednych z najszczęśliwszych dni w roku pańskim 2014, ponieważ poszłam do fryzjera, a potem wydaliśmy z moim Najdroższym grube miliony w kinie. I nie było mi żal. Czuję się teraz piękna, pomimo że nie mam na sobie makijażu. Jednak odpowiednia fryzura potrafi zmienić człowieka - wewnętrznie i zewnętrznie. Co do filmu... "Hobbit: Bitwa Pięciu Armii" jest w porządku, ale czegoś mi w tym filmie brakowało, lecz nie potrafię powiedzieć, czego... Niektóre filmy mają "to coś", jednak Hobbitowi tego zabrakło. Nie będę się nad tym rozwodzić, ponieważ w Internecie są dziesiątki recenzji tego filmu.
Poprzednio zaczęłam nawet myśleć o przeczytaniu książek na temat minimalizmu, ale uświadomiłam sobie, że rzeczy materialnych mam tak niewiele, iż większą minimalistką być nie mogę. Natomiast, uświadomiłam sobie, że nie mogę równocześnie przeznaczać aż tylu pieniędzy na kosmetyki, a powinnam przyjrzeć się bliżej temu, co jem. Jeżeli będę się odżywiać zdrowo, być może niektóre preparaty nie będą mi aż tak potrzebne. Poza tym książka to kolejna rzecz, więc jej kupno mijałoby się z celem.
Kiedy byłam dzieckiem, nie wiele wiedziałam o systemie finansów. Do szóstego roku życia myślałam, że bank to taki wielki ogród, gdzie hoduje się pieniądze, a mama idzie je po prostu pozbierać. Nie ogarniała mnie paniczna myśl, że wszyscy na mnie patrzą (jako sześciolatka nie nosiłam makijażu publicznie). Nie miałam chęci posiadania (potrafiłam sobie sama stworzyć zabawki). Jaki ten świat był dziwny... To nie tak, że było prościej, skądże. Ale... było jakoś bardziej "na luzie", wolniej, barwy były nasycone...


czwartek, 11 grudnia 2014

Aurelka

Witaj, Drogi Czytelniku!
Ostatnio przytrafiają mi się bardzo dziwne przypadki. Zacznę od Aurelka case. Sprawa ta dotyczy rzekomo zaginionej prostytutki, o pseudonimie Aurelia. Dlaczego się tym zainteresowałam? Od pewnego czasu, czytając niektóre artykuły na stronie interia.pl, pod zdjęciami kobiet widnieją komentarze typu: "Ta kobieta jest rzeczywiście bardzo ładna, ale moja Aurelka 1000 razy piękniejsza". Kiedy pierwszy raz zobaczyłam ten komentarz kilka lat temu, zupełnie nie zwróciłam na niego uwagi - ot, każdy zakochany mężczyzna może tak powiedzieć. Potem jeszcze kilka razy się spotkałam z takimi komentarzami, ale nie skojarzyłam faktów, zupełnie je zignorowałam. Po jakimś czasie coraz częściej natrafiałam na takie teksty, coś zaczęło mi świtać w głowie... aż w końcu dzisiaj nie wytrzymałam i postanowiłam sprawdzić, o co chodzi. Może to jakaś nowa moda w Internetach? Okazało się, że jednak nie.
Kim jest Aurelka? Podobno ma 29 lat, 168cm wzrostu, rozmiar 38 (zapewne ubrania, może buta?) oraz rozmiar palca serdecznego 11. Wynajmowała Salwator Tower 3a na siódmym piętrze, była studentka zootechniki, chciała założyć własny zakład fryzjerski. Tyle o niej wiadomo.
A teraz fakty: Czasami można spotkać w Krakowie plakaty w centrum, na Kazimierzu, na Bronowicach, blisko AGH i Kleparza. Trwa to już pięć lat. Strony internetowe, których autorem jest Zbigniew Witek. Bardzo, bardzo wiele profili Aurelii znajdujących się na różnych portalach.
Liczne profile Zbigniewa, który przyjmuje pseudonim tyrystor(i zazwyczaj jakaś liczba).
Przeróbka zdjęcia Holly Valance, która ma przedstawiać Aurelię (zapewne nie miał jej zdjęcia, dlatego użył podobnej celebrytki). Czy Tyrystor jest zwykłym trollem Internetowym? Jest więcej Tyrystorów? Uważam, że jeśli jest samotną jednostką, to z trollingiem nie ma wiele wspólnego. Dlaczego? Komentarze pod zdjęciami pojawiają się niemal codziennie sukcesywnie od pięciu lat. Plakaty również można spotkać od dawna. Według Tyrystora, Aurelia wynajmowała mieszkanie od Beaty Kociołek, która rzekomo jest właścicielką domów publicznych (oraz sklepu monopolowego), dziewczyna jest przetrzymywana przez nią w jakimś miejscu. Podobno, kiedy już mieszkała w Salwator Tower, Beata bardzo uprzykrzała Jej życie.
Dlaczego dziewczyna nie jest w bazie zaginionych osób? W zasadzie Tyrystor nie miał Jej danych osobowych ani zdjęcia... ale to nie znaczy, że nie mógł zgłosić sprawy do ITAKI.
To sprawia największy problem. Czy myślał, iż policja i inne organy są na tyle niekompetentne, że nie ma szans, by uratować dziewczynę? Szczerze wątpię. Myślę, że Tyrystor w pewnym sensie niepełnosprawną umysłowo osobą, być może również fizycznie. Klient Aurelki, zakochany... bo stracił z Nią dziewictwo? Mężczyźni mają słabość do dziewczyn, z którymi uprawiają seks pierwszy raz... w każdym razie, pamiętają je do końca życia. To mogłoby być prawdą. Dlaczego nie zgłosił? Bo jest stalkerem. To wyjaśniałoby wiele. Nie mógł znieść, że Aurelka go opuściła, zwinęła manatki, (może teraz jest przykładną matką i żoną... i nie chce pamiętać o swojej przeszłości z pod ciemnej gwiazdy), więc dorobił sobie historię, w którą łatwiej mu było uwierzyć... że została porwana. Podchwycili to oszuści, którzy wyłudzili od Niego pieniądze, za które mieli umożliwić Mu spotkanie z Aurelką. Ale oczywiście, do żadnego spotkania nie doszło, a po naciągaczach ślad wszelki zaginął. Z pieniędzmi, oczywiście. Jak to ktoś podsumował - cała sprawa ma pewien surrealistyczny, klaustrofobiczny klimat. To przecież tak bardzo odpowiada temu, co dzieje się w Polsce.
Z całą pewnością - zachowanie Tyrystora jest bardzo podejrzane - ale nie jest to troll. W każdym razie nie robi tego świadomie. Moja teoria jest taka, że prawdopodobnie mężczyzna ma podwójną osobowość. Podobno jednak policja nie zaobserwowała u Niego żadnego nienormalnego zachowania. Ale generalnie - człowiek, który ma podwójną osobowość, nie zachowuje się jakoś dziwnie (kiedy jest sobą). Wytłumaczę to tak: Mężczyzna, którego siostrę zgwałcono na jego oczach, przeżył traumę. Zachowuje się normalnie - będąc sobą i zachowuje się tak, jakby zachowywała się jego siostra - kobieta, będąc swoją siostrą. Zapewne chce się zemścić, czuje żal, upokorzenie... W każdym razie, mam nadzieję, że wiadomo już, co mam na myśli.
Druga sprawa, która mnie niesamowicie zastanawia to pewien dziwny ból brzucha, którego doświadcza również mój Luby. Ból brzucha był stałym elementem dolegliwości w moim życiu, ale ten jest inny. Czuję się jakby non stop głodna, czuję coś ciężkiego... kiedy dotykam, boli mnie okolica zaraz pod mostkiem. Identycznie dolegliwości opisał mój Najdroższy. Nie mam zamiaru iść do lekarza - badania wyszły mi dobre. Jeżeli to będzie trwało dłużej, pójdę. Ale na razie nie ma takiej potrzeby.
I w końcu trzecia sprawa to naciągacze telefoniczni. Naprawdę, dałam się nabrać. Nie wiedziałam, że przez telefon można "podpisać" umowę. Oczywiście, jeszcze tego samego dnia odkryłam w Internecie, że po prostu dałam się zrobić w konia i czym prędzej zadzwoniłam na Infolinię, poprosiłam o zerwanie abonamentu, o wykasowanie mnie z bazy danych... jak przyjdzie jakaś paczka, to po prostu wyślę oświadczenie o zerwaniu umowy na odległość. Jeżeli będą mnie straszyć komornikiem, ja ich postraszę prawnikiem. A że ewidentnie, prawo jest po mojej stronie - dadzą sobie siana.


środa, 26 listopada 2014

Senden daha güzel

Witaj, Drogi Czytelniku!
Coraz więcej ludzi przekonuje mnie, żebym dała sobie spokój. I w zasadzie nie wiem, czy powoli nie zaczynam dostrzegać sensu w argumentach, jakie mi przedstawiają. Im bardziej się staram, tym bardziej jestem niedoceniana. A przecież... fajnie byłoby mieć przy sobie takiego człowieka, który dostrzeże, jak bardzo mocno dążę do tego, by go zadowolić. Jeju, jak mi teraz jest smutno... Starałam się cały dzień mieć ładny makijaż, ślicznie się ubrać... na nic. Powiedzmy sobie szczerze, cokolwiek bym nie robiła, i tak zawsze będzie przy mnie jakaś smutna dręcząca myśl. No ale, nie ma dymu bez ognia.
Na szczęście, chociaż kupiłam sobie cudowne cienie, które wyglądają po prostu bosko. I żyję tylko tą świadomością, że są moje i jutro rano znowu będę się mogła nimi pomalować. Powierzchowne, czy nie – jedyne źródło mojej radości.
Miałam ochotę ostatnio wznieść się na wyższe poziomy egzystencji, niż tylko nieustanne aspirowanie do poprawienia swojej aparycji. Trafiłam gdzieś na ciekawy artykuł o Dysku z Nebry, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie, gdzie go znalazłam. W każdym razie, dysk jest dosyć ciekawym odkryciem prehistorycznym z końca XXw. W Niemczech, nieopodal miasta Nebra, znajduje się ogromny krąg, którego promień wynosi ok. 37m, który otacza wzgórze o nazwie Mittelberg. Podczas epoki brązu to wzgórze stanowiło miejsce kultu i obserwacji astronomicznych.
Znalezisko datowane jest na ok. XVI p.n.e., otaczają go koliste umocnienia. We wnętrzu kręgu, znaleziono miecze i siekiery z brązu, biżuterię oraz dysk. Ma on gabaryty średniej pizzy, jest zdobiony złotymi dekoracjami, przedstawiającymi ciała niebieskie – Księżyc, Słońce oraz siedem gwiazd, które w tamtych czasach pomagały w nawigacji przy zmianach pór roku. Wolfhard Schlosser wysunął hipotezę, że dysk przy pomocy dwóch łuków (umieszczonych naprzeciw siebie na obrzeżach) ukazuje momenty wschodu i zachodu słońca podczas przesilenia zimowego oraz letniego. Dysk również wyznaczał moment, kiedy miał zacząć się początek siewu (znikały Plejady z nieboskłonu). Osoba, która wykonała to urządzenie prawdopodobnie miała ogromną (jak na tamte czasy) wiedzę astronomiczną, a tym samym władzę na miejscową ludnością. Autor działa miał ogromy wpływ na życie we wspólnocie. Jednakże nie trwało to długo, ponieważ radość tych ludzi przerwał wybuch wulkanu w Thirze. Podobno pyły spowodowały zasłonięcie słońca, więc dysk stracił swoją przydatność na długi czas. Sanktuarium zostało opuszczone, a Dysk z Nebry zostawiony na pastwę losu i natury.


środa, 12 listopada 2014

Igła, listek + kałuża = kompas

Witaj, Drogi Czytelniku!
To chyba nie były moje najbardziej udane urodziny, bo nie skończyły się zbyt miło, ale... I tak były lepsze niż większość z nich. Nie pogodziłam się jeszcze z faktem, że mam dwadzieścia lat (jest już listopad), lecz myślę, że przyjdzie mi to z czasem... Bardzo dużo osób złożyło mi życzenia, aż mnie chwyta za serce, że też im się chciało. Dzięki temu nie czuję się w takim stopniu samotna... Dostałam nawet książkę, to był niesamowicie miły (i przemyślany) gest. Moi rodzice tym razem, pamiętali o moich urodzinach, więc widzę spory postęp w naszych relacjach.
Wczoraj obchodziłam z Nim drugą rocznicę związku, mimo że chyba ze sobą nie jesteśmy. Nie wiem, na jakiej to jest zasadzie. Boję się, że znowu będzie jak wcześniej... Dla niektórych jestem Jego dziewczyną, niektórzy w ogóle o mnie nie mają pojęcia... Ale co do rocznicy, już od początku ten dzień nie zapowiadał się najlepiej, wieczorem nie mogliśmy znaleźć żadnej, w miarę odpowiadającej mojemu wyobrażeniu, knajpki. Przewinęło się ich mnóstwo, ale albo były zamknięte, albo coś nie odpowiadało. Ja byłam coraz bardziej sfrustrowana, bo chciałam ten dzień uczcić tak, jak się powinno, tak uroczyście... Przykro mi, ale chyba wyrosłam z tego, że rocznice związku chciałabym spędzać w McDonaldzie. Materializm? A jeżeli ktoś pracuje na wysokim stanowisku, to do pracy powinien chodzić ubrany tak, jak na budowę czy w garniturze? Prezencja jest ważna. I koniec. On również prawie się załamał, ale w końcu na spokojnie, usiedliśmy, porozmawialiśmy szczerze. Ja już wtedy chciałam po prostu coś zjeść, obojętnie co, tak bardzo miałam popsuty humor. Na szczęście, znaleźliśmy knajpkę, gdzie dosyć tanio najedliśmy się do syta, że w drodze powrotnej toczyliśmy się jak beczki do autobusu. I reszta dnia upłynęła po prostu cudownie, tak jak sobie to zaplanowałam i wymarzyłam. Dokładnie tak.
Mimo to, nadal nie wiem, jak mam to wszystko traktować. Chciałabym, by wykrzyczał całemu światu, że jest dumny, iż ma taką dziewczynę, jak ja. Chciałabym wykrzyczeć całemu światu, że jestem dumna, że mam takiego faceta, jak On. Ale ciągle mam wrażenie, że nie chce tego przyznać, że się mnie wstydzi i nie jest mi z tym dobrze. Nie mogę mu o tym powiedzieć, bo już słyszę: "Znowu zaczynasz"; "Czemu musisz wszystko zepsuć?!". Boję się, że nigdy nie będziemy w pełni szczęśliwi, bo zawsze będzie jakieś "ale", zawsze będą niedociągnięcia, niewyjaśnione sprawy. Ciągle próbuję sobie tłumaczyć, że przecież mam ogromne szczęście, lecz tak naprawdę... nie wiem, czy tak właśnie powinno wyglądać szczęście. Niestety, rekompensuję sobie wszystko kosmetykami, co drenuje mój studencki budżet do cna. Jednakże daje mi to nietrwałe poczucie spełnienia. I powiem, że...świetnie to na mnie działa.
Dobrze, a teraz do rzeczy. Postanowiłam napisać kilka przydatnych porad, które może w pewnym sensie pomogą zgubionej istocie, odnaleźć się w wielkim mieście. Nie mam tu na myśli metafory. Chciałabym pomóc rozpoznać kierunki świata.
1. Moja ulubiona technika, czyli odmierzanie kierunku od zegarka. Działa to jedynie na zegarkach analogowych. Wystarczy ustawić się tak, aby mała wskazówka była skierowana w stronę słońca. Kąt zawarty między małą wskazówką a godziną 12 (zawsze z prawej strony) trzeba podzielić na połowę. Linia wskaże nam kierunek - północny (między godzinami 24:00 - 12:00) i południowy między (12:00 - 24:00).
2. Kościoły. Jedyną zaletą starych kościołów, jest to, że często położenie ołtarza potrafi wskazać nam kierunek. Ołtarze w tych budynkach są (zazwyczaj) skierowane na wschód.
3. Gwiazdy. Na początku trzeba być zorientowanym jak wygląda Wielki Wóz (Duża Niedźwiedzica) i Mały Wóz. Odnajdując Wielki Wóz, trzeba poprowadzić linię prostą przez dwa skrajne gwiazdy z prawej strony. Odległość powstała między pierwszą a drugą gwiazdą, przenosimy pięciokrotnie na naszą prostą do Gwiazdy Polarnej.
4. Domowej roboty kompas. Potrzeba będzie igła, listek (lub cokolwiek, co unosi się na wodzie), woda. Igłę pocieramy o ubranie, po czym nakładamy na listek unoszący się na wodzie. Ten sposób wyznacza kierunek Północ - Południe.


czwartek, 18 września 2014

Coś ode mnie

Witaj, Drogi Czytelniku!
Wczorajszy dzień był bardzo emocjonujący i dzisiejszy pewnie też taki będzie... Wieczorem wypatrywałam w oknie, kiedy przyjdzie. Miałam nadzieję, wróci do mieszkania. Co prawda, śpię w innym pokoju, lecz naprawdę chciałam, żeby jeszcze tej nocy został, bo martwiłam się, że coś może się stać... Kiedy tylko zobaczyłam, że otwiera drzwi, szybko położyłam się na łóżku i przykryłam kołdrą. A później... Cieszę się, że potem przede mną się otworzył. Nie udawał, że jest pogodzony ze śmiercią Jego taty i z ciężkim dzieciństwem. Zrobiło mi się Go bardzo przykro, mimo wszystko. Oboje nie mieliśmy nigdy lekko i doskonale Go rozumiem. Cały czas czekałam na ten moment, pomijając to, że był bardzo wzruszający...
To nie jest tak, że oddałam Jemu wszystkie rzeczy, żeby o Nim jak najszybciej zapomnieć. Nauczył mnie bardzo wiele; sprawiał, że potrafiłam ciągle się śmiać. Nikt nigdy tyle mi nie dał, więc nie potrzebuję już nic, co materialne. I nigdy o tym nie zapomnę. Drugą sprawą jest to, że po prostu muszę się jakoś wziąć w garść, a kiedy tylko zobaczę coś związanego z Nim, od razu łzy mi napływają do oczu i myślę tylko o tym, że bardzo jest mi żal i jak bardzo tęsknię za tym, co było wcześniej. Nie da już się tego odzyskać.
W nocy, a w zasadzie nad ranem, poszłam do Niego i położyłam się na skraju łóżka. Było bardzo zimno... Chciałam mu coś zasugerować, czego ceną jest moje milczenie...
Nie wiem, czy kiedykolwiek to przeczyta, lecz wybaczyłam Mu i nie chowam urazy. Drogi Czytelniku, nawet sobie nie wyobrażasz, jaka byłam kiedyś szczęśliwa. To był najcudowniejszy okres w moim życiu. I tylko o tym chcę myśleć.

środa, 17 września 2014

Where the wild roses grow...

Witaj, Drogi Czytelniku!
Szczerze powiedziawszy... po raz pierwszy wpatruję się w ekran laptopa i nie potrafię z siebie wydusić ani słowa, bo nawet nie wiem od czego mam zacząć... Niewinny początek leży gdzieś zamazany w historii, a koniec... no cóż, mam nadzieję, że właśnie nadszedł. Czuję się upokorzona faktem, iż byłam przez ten cały czas zdradzana. Nie dość tego, zostałam następnie okłamana, że przecież to było planowane, ponieważ inaczej byśmy trwali w tym toksycznym związku wieczność... Wiem, że to bajka wymyślona na poczekaniu i kiedy tego wysłuchiwałam, tylko uśmiechałam się w głębi duszy...  Tak naprawdę zdaję sobie sprawę, że wszystko działo się z premedytacją. Z drugiej strony jestem z siebie dumna, że dobrze to znoszę, potrafię załatwić wszystko tak, jak robi to rozsądny człowiek. Czuję wielki kamień gdzieś w sercu, bo dałam sobą w taki sposób manipulować i bezkarnie ranić, ale powoli zaczynam oddychać z ulgą, ponieważ mam świadomość, że za trzy dni kończę dwadzieścia lat i tak naprawdę... świat stoi otworem. Mimo wszystko nie jestem jeszcze gotowa, by stawić czoło jego przyjemnościom i przykrościom. Mam wrażenie, jakbym znalazła dziś ostatni element puzzli, którego tak mi brakowało. Posiadam przed sobą całą układankę, cały obraz tego, z kim się związałam. Mimo że ten obraz niezwykle mi się nie podoba, to jest bardzo ważny i jego cień będzie chodził za mną pewnie przez lata... Jestem spokojna. Jestem oazą stoicyzmu i ciszy. Przyjmuję cały ten los z pokorą, jak nigdy mi się nie zdarzało. Nie poznaję siebie, ale wiem, że to krok milowy w dojrzałość...
Postanowiłam wyeliminować wszystko, co jest z nim związane, począwszy od wiadomości, nawet po zastrugiwaczkę. SMS-y usuwam bardzo często, bo zajmują mi dużo pamięci w telefonie, ale gdzieś w czeluściach skrzynki pocztowej facebooka, znalazłam naszą starą rozmowę sprzed ponad roku. Kiedy ją czytałam, byłam bardzo zdziwiona, jak niesamowicie zmieniłam się przez ten czas. Postanowiłam to zweryfikować. Przede wszystkim, cała namiętność ze mnie uleciała jak para w eter. Przedtem flirtowałam niemal w każdej wiadomości w ten lub inny sposób, ale wszędzie można było wyczuć jakąś iskierkę, niewinne droczenie się. Poza tym, mam wrażenie, że wbrew pozorom, bardzo dużo wtedy rozmawialiśmy, te rozmowy nie wprawiały nas w zakłopotanie, nie irytowały nas... A jeszcze niedawno bałam się, że powiem coś nie tak lub czegoś niedosłyszę i zostanę zwyzywana... Zastanawiam się, czy gdyby nie te ciągłe nerwy i stres, nadal zachowywałabym się podniecająco i stymulująco. Chyba tak, bo przecież taką miałam wcześniej naturę. Mam szczerą nadzieję, że to wróci i ktoś inny będzie się tym cieszyć... odkryje mój blask w oku, który został tak bezlitośnie zgaszony.
Mój wygląd również bardzo się przeobraził. Zmieniłam kolor włosów, przestałam malować paznokcie, nie zawsze chciało mi się depilować nogi co 3 dni... w wakacje bardzo rzadko robiłam sobie makijaż, żeby moja skóra mogła odpocząć przed codziennym tynkowaniem i szpachlowaniem przez godzinę w roku akademickim. Seksowne spódniczki zamieniłam na wygodny dres.
Absolutnie, nic go nie usprawiedliwia, że mnie zdradzał, ale... znalazłam pewien punkt odniesienia i teraz, kiedy na to wszystko patrzę, nie dziwię mu się, że to robił. Jednakże wyglądałabym i zachowywałabym się zupełnie inaczej, gdyby to wszystko mnie aż tak bardzo nie przytłaczało. Gdybym tylko mogła odetchnąć pełną piersią, a nie kulić się w środku... Aż w końcu zamknęłam się w sobie tak mocno, że nie chciałam nikogo do siebie dopuścić. Także, a w zasadzie przede wszystkim, jego.




poniedziałek, 15 września 2014

Co robi las fallusów na pustyni?

Witaj, Drogi Czytelniku!
Ostatnio natknęłam się w Internecie na niezwykle ciekawy artykuł dotyczący zagadkowego cmentarzyska na pustyni Takla Makan (ze względu na kierunek moich studiów jest to dla mnie teren skądinąd znany). Niewiele osób wie, że jest to druga piaszczysta największa pustynia na świecie . Znajduje się ona w Azji praktycznie zaraz nad Tybetem i okala ją szlak jedwabny. Moim zdaniem jest to również najbardziej niebezpieczna pustynia. Jej nazwa pochodzi z języka Ujgurskiego i znaczy dokładnie tyle, co "miejsce łuków". Dobrze, a teraz do rzeczy.
Cmentarzysko leży w Kotlinie Kaszgarskiej w regionie Sinkiang. Szczątki, z powodu swoistego suchego klimatu, który sprzyja mumifikacji, zachowały się niemal idealnie. Najstarsze z nich pochodzą sprzed 3980 lat! Pierwszą ciekawostką jest to, że mumie mają syberyjskie lub nawet europejskie geny, a co za tym idzie, nawet rysy twarzy. Kolejnym niesamowitym faktem jest to, że ich ciała zostały zakopane w odwróconych do do góry dnem łodziach (co charakteryzowało kulturę nordycką - Wikingów). I teraz najciekawsza część: Zamiast nagrobków, które mogłyby sugerować, w jakiego boga wierzyli, stoi las fallicznych symboli. Wynika z tego, że Ci ludzie ponad wszystko stawiali zamiłowanie do... seksu. Nie tylko w celach prokreacyjnych, ale również satysfakcjonujących. Nigdy nie dowiemy się, jakie imiona nosiły kiedyś mumie, ponieważ nie jest to zapisane, jednakże można wywnioskować ich tryb życia, pochodzenie, a nawet język, jakim się posługiwali! Szczątki zostały odkryte w latach 30' XX w., lecz Chińczycy tak naprawdę zainteresowali się nimi na początku XXI w. po prawie 70 latach i poddali je seriom badań. Ich raporty podsumował i przetłumaczył profesor Victor H. Mair. Zrelacjonował, że archeolodzy przekopali się przez 5 warstw cmentarza, gdzie odkryto ponad 200 czterometrowych pali, które przypominały wiosła. W na łódkowych grobach znaleziono bycze skóry, a pod nimi ciała i ubrania w których zmarli byli pochowani (na przykład filcowe czapki, które naprawdę wskazują mi na wpływy syberyjskie, a niektórzy twierdzą, że przypominają górskie kapelusze mieszkańców Tyrolu), byli ubrani w wełniane płaszcze z frędzlami i skórzane buty. Dodatkowo w każdym grobie były jakieś przedmioty, związane z ich zmarłymi posiadaczami: wyplatane koszyki, zioła, maski itd. Kobiece trumny, były jeszcze ciekawsze, ponieważ zawierały one... drewniane męskie członki. To pozwoliło badaczom zrozumieć aluzję, co do tych pali. To nie były wiosła. To były imitacje żeńskich narządów rozrodczych. Genialne. Wszędzie, wszędzie były znaki ukazujące, jak seks i przyjemności z niego płynące były ważne. Przede wszystkim, w tak niezmiernie niekorzystnym klimacie, jaki panował na pustyni, mało który dorosły potrafił przeżyć. A co dopiero małe dzieci. Dlatego płodność była dla nich tak znacząca. Mair głęboko wierzy w to, że ludzie ci posługiwali się językiem tocharskim. Oczywiście, nie chciałabym nawet konkurować z takim autorytetem, jak profesor Mair, ale patrzyłabym na to z przymrużeniem oka, bo może być to daleko idące naciągnięcie. Być może faktycznie posługiwali się tym językiem, może nawet zostawili po sobie jakieś pisma, lecz moim skromnym zdaniem posługiwali się jakimś językiem z rodziny ałtajskiej albo nawet uralo-ałtajskiej (tak, zabijcie mnie, ale wierzę w teorię nostratycką, poza tym te łódki, to dla mnie tylko dowód).



niedziela, 14 września 2014

Tanz, mein Leben, tanz!

Witaj, Drogi Czytelniku!
Ostatnio zainteresował mnie pewien temat dotyczący fantomowych kończyn. W Google wyskakuje kilka dosyć ciekawych artykułów na temat - znany Ronald Melzack i jego badania. Sześciolatka, która po czternastu latach wyraźnie czuje amputowaną nogę. Pamięć mózgu. Badania twarzy.
W mojej głowie (i pewnie niejednego naukowca również) pojawia się mnóstwo pytań, między innymi, co zrobić, by pacjent przestał odczuwać ból w miejscu, gdzie kiedyś była jego kończyna?
Jak to możliwe, że mózg nadal odbiera bodźce? Czemu osoba, która od początku nie ma rąk nie odczuwa fantomowych bólów? Przecież samo ludzkie DNA dyktuje, że zdrowy człowiek ma wszystkie kończyny. Ale akurat nie tym chciałam się zająć. Postawmy po prostu tezę: Umysł odbiera bodźce, których nie powinno być, bo nie mają fizycznego prawa, by zaistnieć. Skoro jednak odbiera bodźce, to w pewien sposób jest to wpływ na rzeczywistość (co dobitnie potwierdzi ofiara fantomowych odczuć). I teraz uwaga - słynne gadanie wariata - Wspomniałam wcześniej o pamięci mózgu. Wydaje mi się, że mózg ma jakąś pierwotną pamięć i zapisywana jest ona jest ona u zupełnego początku funkcjonowania mózgu. Można to nazwać ustawieniami fabrycznymi. Tam nie ma wspomnień, kompletna tabula rasa. Jedyne, co może być zawarte w tej pierwotnej pamięci, to jak wszystkie narządy będą funkcjonować (dyktowane DNA). Czy jest możliwe, zatem, przywrócenie tej pamięci? Ale w taki sposób, by mózg zaakceptował to, że człowiek nie ma jakiejś kończyny i uznał to za przypadek typu "niepełnosprawny od urodzenia". Taki mały cheat.
Powiem więcej, chociaż, jeżeli czytałby to jakiś specjalista, pewnie stwierdziłby, że się poniżam. I mogą być to już totalne brednie, ale takie wiążące się z pamięcią ogółu. Bardzo dawno temu pisałam na temat holograficznego paradygmatu. Być może to w nim zawarta jest jakaś pamięć, która rzutuje na mózg. Czy dałoby się to wykorzystać? Jak zmusić rękę, która nie istnieje, do podniesienia filiżanki? Siła umysłu. Ano, właśnie. Skoro mózg jest na tyle cwany, by sobie odbierać różne nieprzyjemnie bodźce, kompletnie bezpodstawne (nadaje kształt nieistniejącej kończynie, fikcyjny układ nerwowy itd.), to na pewno jest w stanie, nie tyle ufizycznić, co wepchnąć pierwiastek życia, jakąś siłę, która potrafi przesuwać, podnosić itp. I tutaj pojawia się moje kolejne pytanie: Czy zajmowałby się tym ten sam obszar mózgu, który zajmuje się właśnie odbieraniem impulsów (który niektórym pacjentom próbowano wyciąć, ale to nic nie dało i bóle nie ustały), czy generalnie jakiś inny obszar? Możecie mi zarzucić, że chyba już sobie odpowiedziałam na to pytanie treścią zawartą w nawiasie. Niekoniecznie. To nie musi być prawdą, że naukowcy znają tylko jeden prawdziwy obszar zajmujący się konkretnym zadaniem. Skoro po wycięciu tego kawałka mózgu, bóle nie ustąpiły, to w taki sposób musi za to odpowiadać jakaś inna część (dodatkowa). I być może zrozumienie tej części byłoby odpowiedzią na wszelkie pytania.
Dobrze, koniec mojej pseudonaukowej, bardziej filozoficznej wypowiedzi. Naukowcy - o ile, kiedyś to przeczytacie (ah, to moje zawyżone ego), możecie odetchnąć z ulgą.
Nie będę oryginalna. Znowu marzę o pozostawieniu wszystkiego i wyrwania się z więzów doczesnego życia. Platonie, cóż żeś mi uczynił swoją filozofią? Już przestałam myśleć o tym, że chcę być piękna, bogata, mieć wspaniałego męża i dwójkę idealnych dzieci. Nie. Chcę tylko być. Bez niczego, co materialne. Tylko ja i mój umysł, co byłoby całością. Niestety, nie jest to możliwe, jeżeli nie wprowadzę się w OOBE, a to trwa krótko i od bardzo dawna nie mogę tego stanu osiągnąć. Nie mam pojęcia, dlaczego. Chciałabym, by trwało to wieczność. Jest też druga opcja, jeżeli tej pierwszej nie udałoby mi się osiągnąć (czyli za każdym razem ograniczona byłabym czymś materialnym). Chciałabym kompletnie przestać istnieć. Nie wiem tylko, które jest straszniejsze? Groźba wieczności czy wizja niebytu?
Mam wszystko, czego mógłby mi zazdrościć przeciętny człowiek. I ze zgrozą stwierdzam: Nie chcę tego. Nie jest mi z tym tutaj dobrze.



piątek, 27 czerwca 2014

In the middle of nowhere...

Witaj, Drogi Czytelniku!
Dawno nie odzywałam się na blogu. Nie było to spowodowane brakiem czasu, nawet podczas sesji, tylko generalnym poczuciem beznadziejności i bezradności. Tak, ta notatka będzie dotyczyć tylko i wyłącznie mojego życia osobistego. Mimo że sesję zdałam bardzo dobrze, niestety, nie potrafię się cieszyć i można by rzec nawet, że jestem niezmiernie nieszczęśliwą osobą.
Mam wiele problemów z moim Ukochanym. Nie potrafimy dojść do porozumienia, za każdym razem, kiedy zrobię coś nie tak lub powiem coś nie tak, nawet jeżeli chodzi o prośbę posprzątania swoich ciuchów, które walają się na krzesłach, słyszę jeden tekst jak mantrę: „Nie uda się nam, jeśli to ma tak wyglądać”. Jak wyglądać?! Naprawdę nie mam prawa do mieszkania w czystym pokoju, bo zebranie kilku ubrań z krzesła przerasta Twoje możliwości? Oddychaj... i nie mów tego.
Ja również ostatnio zaniedbałam się trochę w robieniu porządków. Ale jak człowiek żyje w ciągłym stresie, bo jest podczas sesji, a tu już prawdopodobnie musi szukać sobie nowego mieszkania, to naprawdę, nawet się nie ma siły myśleć o tym, by wstać z łóżka i maniakalnie sprzątać. Codziennie. Mój Najdroższy ostatnio stwierdził, że jestem zaślepiona. Wydaje mi się, że od tej afery, kiedy spędził noc z inną dziewczyną, przejrzałam na oczy. Po prostu boję się stracić jedyną mi bliską osobę, jedynego przyjaciela. I wydaje mi się, że od tej afery faktycznie... z każdym dniem moja miłość odrobinkę malała, a na jej miejsce wchodziła powoli, powoli irytacja.
Czy zamieszkanie ze sobą było dobrym pomysłem? Uważam, że wspaniałym. Miałam żywy obraz tego, z kim NAPRAWDĘ mam się związać być może na zawsze. Bilans plusów i minusów. I gdyby On był pewny, że mnie kocha, ta szala naszego związku przechyliłaby się pozytywnie. Mówię Mu, że Go kocham. Jeszcze Go kocham. Ale doskonale wiem, że nie będę żywić takich uczuć, do osoby, która nie kocha mnie. Po prostu moja podświadomość uznaje to za mało ekonomiczne.
Poza tym bardzo doceniam inne rzeczy, które robi. Pomaga mi gotować, nie pije, nie pali, robi zakupy... Więc naprawdę byłoby dobrze, gdyby nie to zastraszanie: „Nie uda się nam”. A przez to coraz bardziej mnie przekonuje, że faktycznie się nie uda... i doprawdy, nie mam pojęcia kto na tym bardziej straci. Mimo że naprawdę od czasu do czasu myślę, że tym razem naprawdę powiem: „To koniec”, po prostu te słowa nigdy nie przechodzą mi przez gardło. Chcę, by On je powiedział, ja sama przed sobą nie potrafię się przyznać...
Moja paranoja związana z wyglądem chyba osiągnęła apogeum. Podobam się jedynie chyba Turkom, mimo że przefarbowałam włosy na ciemny brąz. Nie wyobrażam sobie wychodzenia bez makijażu, bo to dla mnie jak trauma. Kiedy już muszę, staram się odwracać twarz, nosić okulary przeciwsłoneczne... Najchętniej nie wychodziłabym z domu, zanim nie schudnę, nie urosną mi piersi, nie poprawi mi się stan włosów, paznokci i skóry, nie znikną mi makabryczne cienie pod oczami. Być może brzmi to jak gadanie trzynastolatki i świadczy to o tym, iż jestem infantylna i powierzchowna. Ale już tylko wygląd mi został...



środa, 19 marca 2014

Status quo

Witaj, Drogi Czytelniku!
Zastanawia mnie to, dlaczego aż tyle osób zawiera związek małżeński, a po kilku latach (albo nawet miesiącach) musi męczyć się z papierami rozwodowymi? Jaki jest w tym sens i czy nie jest to po prostu strata czasu? Czy jak młoda dziewczyna zmieni sobie nazwisko na męża, to nagle zyskuje jakiś wyższy status w społeczeństwie? No, może na wsi to jeszcze ma jakieś znaczenie, gdzie wszyscy się znają i obrabiają sobie nawzajem tyłki. Być może ludzie faktycznie "zmieniają się" w małżeństwie na przestrzeni lat, ale osobiście twierdzę, że to jaki ktoś jest w większości przypadków da się sprawdzić jeszcze przed ślubem.
Co prawda nigdy nie zmieniłam swojego stanu cywilnego, jestem zarówno zodiakową panną jak i na papierze, ale wydaje mi się, że ludzie po prostu zbyt pochopnie podejmują niektóre decyzje. I nie chodzi mi tu o werdykt czy na obiad zrobić spaghetti czy risotto, tylko o coś, co może zaważyć na naszym późniejszym życiu w dosyć ewidentny sposób. Problem jest w tym, że właśnie kobiety często łudzą się, że "wychowają" sobie męża tak jak im pasuje: żeby nie mlaskał przy jedzeniu, powstrzymywał czkawkę przy osobach trzecich, czasem pomógł w porządkach, nie uganiał się za kobietami, od czasu do czasu sam coś ugotował, został w domu i zajął się dziećmi, zamiast iść na mecz z kolegami. Nie ma co się łudzić, ślub nie jest magiczną chwilą, która zmienia wszystko na lepsze już do końca życia. Jeżeli partner nie pomaga i zachowuje się jak gbur, nie można mieć pretensji do niego, że się nie zmienia, bo my tego chcemy. W pewnej chwili po prostu przestajemy przymykać oczy na pewne rzeczy i jest to jak chlust zimnej wody na głowę. Zabrzmi to gruboskórnie, ale jest pewna mądra maksyma: "Widziały gały, co brały", którą powtarzam mojej mamie zawsze gdy widzę ją bardzo zdenerwowaną przez tatę, który jest niesamowicie złośliwym człowiekiem i naprawdę jego główne hobby, to irytowanie innych. Mój ojciec taki był na długo zanim się pobrali. Wszyscy to wiedzieli i wszyscy mojej mamie odradzali ślub. Najgorsze, że mama też wiedziała. Ale dziecko.
No właśnie. Drugim powodem, dla którego wyśmiewam idiotyzm społeczeństwa (zwłaszcza młodego), jest branie ślubu, bo nagle pojawia się bardzo nieplanowany potomek. I jak to? Dziecko bez ślubu? Łolaboga! A co powie pani Krysia ze spożywczaka? Tak właśnie widzę powody, dla których zawiera się związek małżeński tego typu. Uwierz mi, Drogi Czytelniku, na słowo, że noworodkowi jest niezwykle obojętne czy jego tata to mąż mamusi, czy nie. Przynajmniej mi było. Przestało być w momencie, kiedy dowiedziałam się, do czego doprowadzają codzienne awantury i jak to się odbija na psychice. Nie byłam podobna do innych dzieci. Na szczęście moi rodzice prawie całe życie mieszkają osobno. Dziecko jest to bardzo uciążliwa i wymagająca poświęcenia istota, ale chyba nie ma nic bardziej kochanego. Wiem, bo mam dużo młodszą siostrę i zaufaj mi, Drogi Czytelniku, świat wywrócił się do góry nogami, kiedy Ona się urodziła. Młodzi małżonkowie mogą być po prostu sfrustrowani sobą, bo oboje mają poczucie, że są najgorszymi rodzicami na świecie, a partner również zawodzi ich oczekiwania.
Ślub to zakład o połowę majątku czy partner będzie z nami do końca życia. To oznacza ogromne zaufanie do drugiej osoby, że nie sprzeniewierzy wspólnych pieniędzy, nie narobi niebotycznych długów, które będziemy musieli spłacać po rozwodzie itd. Jestem osobą praktyczną i wolę patrzyć właśnie pod tym kątem, a jest to podejście zdrowe i rozsądne.
Z małżonkiem powinno się mieć przyjacielski stosunek, zwłaszcza jak miłość i namiętność już dawno uleciała w eter. Generalnie, wszystko sprowadza się do oczekiwań od drugiej osoby. Czasami po prostu żądamy tego, czego sami nie jesteśmy w stanie zaoferować. Wiadomo, że zasady muszą być ustalone i naprawdę nie powinno się ich łamać. Jeśli partner zawodzi nas teraz, to będzie to robił w przyszłości.W każdym razie apeluję do wszystkich osób, które mają zamiar się pobrać, żeby przedyskutowały ze sobą wszystko, co się im podoba lub nie. To jest naprawdę poważna decyzja.
Poza tym, pomyśl, Drogi Czytelniku, o czym dopiero pani Krysia będzie rozpowiadać, jak się dowie o rozwodzie. No, chyba że będziesz tkwił w niewypalonym małżeństwie aż zgorzkniejesz do cna.
Ale werdykt pozostawiam każdemu indywidualnie.




środa, 12 marca 2014

Trzeba wziąć się w garść

Witaj, Drogi Czytelniku!
Jutro egzamin, a ja nadal nie mam żadnej motywacji, by zajrzeć do książek. Od czego w końcu są drugie terminy? No cóż, im więcej mam czasu na przygotowanie się, tym bardziej nie dociera do mnie, że w ogóle mam pisać cokolwiek.
Solennie postanowiłam zająć się stanem moich włosów. W tej chwili, moje włosy przypominają... hmmm... sama nie wiem co i chyba nie ma na świecie nic gorszego niż one same. Farba zupełnie wypłowiała, więc moje kudełki do słońca stwarzają pozory rudych. Nigdy, nigdy, nigdy w życiu nie chciałam mieć rudych włosów. Waham się, czy w piątek iść i zafarbować włosy na ciemny, konkretny kolor. Nie chcę ich niszczyć bardziej, lecz taki kolor jest nie do przyjęcia.
Jak mam zamiar się zająć moją czupryną? Przede wszystkim problem jest taki, że przy tych wszystkich chemiach, jakie przeszłam podczas operacji (mój organizm zupełnie nie toleruje morfiny – wyłysiałam prawie) i prostowanie włosów lichą prostownicą, którą na dodatek dała mi koleżanka zupełnie zniszczyłam włosy. Miałam piękne bujne fale do pasa koloru platyny, mieniące się jak tafla wody. Teraz mam strzępek włosów na głowie. Nie dość, że są przeraźliwie cienkie, to jeszcze rzadkie i prawie znać łysinę (co prawda, to częsty problem długowłosych dziewczyn). Swoimi włosami zainteresowałam się gdzieś w styczniu, a od listopada prawie w ogóle ich nie prostuję (dosłownie 2 razy w miesiącu). Co trymestr przycinam sobie tak z 3-4cm, żeby włosy wyglądały zdrowo. Od lutego stosuję też maseczkę – żółtko, olejek rycynowy i cytryna. Nakładałam to na włosy 3 razy w tygodniu na 2 godziny, lecz niedawno przeczytałam, że to zdecydowanie za często i za długo. Wystarczy raz w tygodniu na pół godziny.
Czesanie: Z racji tego, że mam faliste włosy, muszę ograniczyć czesanie do absolutnego minimum. Niestety, nie jestem w stanie wyeliminować tej czynności z mojego życia zupełnie, ponieważ moje włosy przypominają dżunglę, gdy ich nie uczeszę. Postanowiłam kupić szczotkę z naturalnym włosiem oraz drewniany grzebyk z szeroko rozstawionymi ząbkami.
Mycie: Nie zamierzam myć włosów częściej niż co dwa dni, bo nie mam na to ani czasu, ani tego nie potrzebuję. Na pewno będę stosować metodę OMO (olejek kokosowy, mycie szamponem, odżywka lub maska) Przede wszystkim zaopatrzyłam się w profesjonalny zestaw do włosów farbowanych L'Oréal Vitamino Color. Po zafarbowaniu włosów w piątek będę używać szamponu i odżywki z tej firmy przez dwa tygodnie. Następnie przejdę na zupełnie naturalne produkty, szampony mniej hmm... inwazyjne. Kiedy przyjadę do domu rodziców, to wezmę sobie dwa ręczniki z mikrofibry, żeby dodatkowo nie niszczyć łuski włosa przy osuszaniu.
Olejowanie: Olejek rycynowy, kokosowy, dodatkowo Fur Mama Babydream. Powiedzmy, że w niedzielę będę sobie robić maseczkę z jajka, a w środę wcierać Fur Mama Babydream. Zmierzam też stosować Eliksir ziołowy Green Pharmacy. Taka wcierka będzie trwała dwa tygodnie co dwa dni.
Odżywianie się: Co prawda, nie jestem w stanie zmienić swoich nałogów żywieniowych oraz nastawienia do gotowania. Nie wiem, co spowodowane jest aż taką awersją do kuchenek i widoku garów z bigosem na przykład... ale postaram się zwracać uwagę na to, co jem. Przede wszystkim owoce sezonowe, czyli w tej chwili cytrusy. Mój Najdroższy dba o to, by mieć ciągle owoce pod ręką, bo ja przy zakupach notorycznie o nich zapominam. No cóż, muszę przyznać, że jestem kiepską panią domu (oprócz tego, że uwielbiam jak jest porządek). Suplementy diety również będą pełnić ważną funkcję w odżywianiu (o ile sobie o nich przypomnę). Dodatkowo, obowiązkowo, drożdże – mają zbawienny wpływ na paznokcie oraz włosy. Podobno rosną na nich jak... na drożdżach. Nie można zapomnieć również o codziennej herbacie z pokrzywy. Uwielbiam pić herbatę i traktuję to niemal jak rytuał.
Nie chcę zniechęcić się do osiągnięcia mojego celu. Nie mogę zmuszać się do wykonywania czynności, których nienawidzę, czyli przykładowo gotowania. Wiadomo, że na początku będę musiała dużo eksperymentować, żeby określić, co dla moich włosów jest najlepsze. Nie mogę jednocześnie w mojej kuracji używać kosmetyków wymagających zbyt dużych nakładów finansowych (ten zestaw L'Oréal Vitamino Color to tylko tak jednorazowo jak na razie). Muszę uważać, aby nie przeproteinować sobie włosów, więc co dwa tygodnie będę przestawać stosować olejki na tydzień. Będę na bieżąco komentować, jaki mam stan włosów. 



sobota, 1 marca 2014

Toksykologia

Witaj, Drogi Czytelniku!
Sesja zdana bardzo pozytywnie, a to zachęca i motywuje. Mimo to ostatnio zrobiłam się strasznie leniwa. W zasadzie to zawsze byłam leniwa, ale teraz przekroczyłam już wszelkie granice. Jednakże usprawiedliwia mnie to, że dwa tygodnie kompletnego nic nierobienia bardzo pomogło mi odzyskać siły. W nowym mieszkaniu wszystko idzie swoim trybem, ze współlokatorami widuję się bardzo rzadko. Cieszę się, że mogłam tyle czasu spędzić z moim Najdroższym. Najlepsze jest to, że w tym półroczu mam świetny podział godzin na uczelni. Nie będę już wracać o 21:00 z zajęć. Mam ochotę zrobić coś kreatywnego, a zarazem coś, co przyniesie mi zysk. Od pewnego czasu myślę dosyć poważnie nad ponownym podjęciem się programowania. Nie wiem, czemu ale należę do tej absolutnej mniejszości świrów, których programowanie kręci. Pamiętam, że zaczęłam babrać się z C++ jak miałam trzynaście lat, ale potem to porzuciłam, jak wszystko inne. Czuję, że mój umysł jest taki zastany, stary... że zasnął i się nie obudził. W ogóle bardzo często przyłapuję się na kompletnych dziurach w pamięci. Nie jestem w stanie policzyć rzeczy, które ostatnio zgubiłam.
W każdym razie nie o tym chciałam dzisiaj pisać, przejdę więc do właściwego tematu.
Przyznaję się, z ręką na sercu, że jestem infantylna i zaborcza, a co za tym idzie, również zazdrosna. Nie chcę, by to psuło nasz związek. Doskonale zdaję sobie sprawę, że ma to w moich ogromnych kompleksach. Po prostu nie jestem w stanie się postrzegać pozytywnie, co mnie przeraża. Mam na myśli to, że jestem tak zagorzałą realistką i na pewno to w jaki sposób siebie widzę, to jedyny prawdziwy sposób. Nie mam zamiaru również się usprawiedliwiać, chociaż wiem, że ostatnio robię się coraz bardziej dziwna i zgorzkniała. Aż tak słabo psychicznie nie czułam się już dawno. Zaczęłam nawet szukać jakichś mocnych środków nasennych. Po chwili jednak pomyślałam: „Dziewczyno, co ty najlepszego robisz?!” i wyłączyłam Internet.
Siedzi we mnie toksyczny robak. Kiedy wychodzę bez makijażu mam atak paniki, że wszyscy nagle się na mnie patrzą, że przynoszę Mu wstyd swoim wyglądem. Nie umiem tego wytłumaczyć, lecz jeśli ktoś skrytykowałby mój wygląd, wcale nie zrobiłoby mi się przykro . Po prostu zaakceptowałabym to jako fakt. Wiem, to, co napisałam powyżej zupełnie sobie przeczy, ale jestem kobietą, więc wolno mi się tak czuć. Wracając do zazdrości, to każdej osobie, która czuje, że ma z tym problem, radzę zrobić to samo, co ja. Znaleźć jej źródło. Nie ma sensu od razu obarczać tym partnera. Hipokryzja, ale oparta na własnych błędach. Gdybym nie była egoistką, pewnie ta zazdrość też nie dawałaby aż takich efektów. Ciężko w sprawie zazdrości znaleźć złoty środek. Niektórzy mówią, że dojrzała miłość, to miłość bez zazdrości. Nie sądzę. Ludzie to zwierzęta (co jest widoczne bardziej lub mniej) i w pewien sposób jest w nas zakodowany system samozachowawczy. Nie wiem, czy dobrym przykładem będzie matka, która wyrzeka się swojego dziecka, żeby nie iść do gazu w Oświęcimiu w 1942r. Ale jednak coś w tym jest. Ktoś może oczywiście powiedzieć, że nie można oczekiwać ani krztyny humanitaryzmu, jeżeli człowiek ląduje w nieludzkim środowisku. Tak, zgadzam się, jednakże jest coś w nas takiego, co skłania nas do nieustannej walki, ciągłego gromadzenia, prób wskoczenia na wyższy szczebel drabiny społecznej, taka kropla oportunizmu. We mnie jest całe morze oportunizmu i w tym jest problem właśnie. Co nie znaczy, że nie mam dobrego serca. Mam, póki ktoś nie próbuje mi odebrać czegoś, na czym mi niesamowicie zależy. Długa dygresja, ale zmierzam do tego, że ciężko mi uwierzyć, iż osobie, która nie jest zazdrosna, zależy na czymkolwiek. Można sobie wmawiać, że nie jest się zazdrosnym, ale jak wcześniej wspomniałam, to siedzi w człowieku, taka obawa, że można coś lub kogoś stracić. Oczywiście, nadmierny strach prowadzi do czegoś w rodzaju manii, a to już bardzo wyniszcza związek. Kolejny krok, to porządne zastanowienie się, o co lub o kogo jest się zazdrosnym. I wypisanie czarno na białym jakie się ma do tego powody. Ostateczny rozrachunek i tak należy do Ciebie, Drogi Czytelniku, ale należy zrobić to możliwie najbardziej na chłodno.


środa, 15 stycznia 2014

Abortus provocatus lege artis et criminalis

Witaj, Drogi Czytelniku!
Od miesiąca jestem chora i za prawdę powiadam Tobie, że w Polsce do lekarza dostać się nie można. Nawet kiedy się zarejestrowałam (trzeba było czekać trzy dni na najbliższy termin) i przyszłam na wyznaczoną godzinę (załóżmy 17:15), okazało się, że o 16:40 nie weszła jeszcze osoba umówiona na 15:10. Stwierdziłam, że nie ma tam co robić i poszłam do Teatru Ludowego. Sztuka „Pół żartem, pół sercem” okazała się być genialna w całej swojej postaci. Wielkie brawa dla wszystkich aktorów i Włodzimierza Nurkowskiego, który był reżyserem. Gorąco polecam! A teraz mam tylko anginę i zapalenie płuc.
Niestety, jedynej rzeczy, jakiej mi brakowało podczas sztuki był mój Ukochany, który leżał biedny z gorączką w mieszkaniu. A, właśnie. Nie wspomniałam jeszcze o tym, że w końcu wyprowadziliśmy się od „Potworów i spółki”. Zamieszkaliśmy w ogromnym, ale całkiem przytulnym gniazdku. Nasz pokój jest naprawdę duży, więc nie musimy się gnieść na 10m2. Nie musimy również trzymać suszarki do ubrań w pokoju. Jedyny duży minus całego tego mieszkania, to znowu łóżko. Na początku wydawało się wygodne, ale w gruncie rzeczy, nie da się na nim spać. Ciężko żyć człowiekowi, kiedy towarzyszy mu nieustanny ból okolic żeber. Mam nadzieję, że da się z tym coś zrobić.
Pierwsze egzaminy za mną. Trochę mnie denerwuje to, że totalnie wszystkie egzaminy mam przed sesją, a nie w jej czasie. Po prostu, chodząc na wykłady i ćwiczenia, nie mam nawet czasu się uczyć. Ale przynajmniej będę miała miesiąc wolnego, może uda mi się załatwić jakąś pracę z roznoszeniem ulotek, to przynajmniej sobie chociaż coś zarobię.
A teraz chciałabym w pewnym sensie uporządkować sobie pewną kwestię. Sprawa dotyczy aborcji. Jest to bardzo kontrowersyjny temat i niezmiernie trudno podjąć tu właściwą decyzję, ponieważ zawsze ktoś zostanie pokrzywdzony. Oczywiście nie będę wspominać o tym, że życie jest darem od boga, bo jakoś ostatnio nie zaobserwowałam przypadku kobiety kopulującej się z bogiem. No, raz była taka jedna, ale miała zbyt bujną fantazję. Cóż, takie wtedy były czasy. Generalnie jestem przeciwko aborcji bez powodu, ale rozpatrzmy kilka przykładów.
„Ania jest młodą, osiemnastoletnią dziewczyną. Za niedługo ma napisać maturę, ale ciężko jest jej się uczyć do egzaminów, ponieważ od pewnego czasu nie czuje się najlepiej i dodatkowo stresuje się tym, że jej miesiączka spóźnia się prawie miesiąc. Po krótkim zastanowieniu postanawia pójść do apteki i kupić dwa testy ciążowe. Nazajutrz rano na teście ukazują się dumnie dwie grube krechy. Cóż, przynajmniej pierwsze testy „dojrzałości” są już zdane pozytywnie. Kiedy mówi o tym swojemu chłopakowi, Tomkowi, On oferuje jej pomoc. Rodzice, mimo iż na początku są mocno zszokowani, że ich małe ukochane dzieciątko prawdopodobnie będzie miało własne małe ukochane dzieciątko. Tata przez kilka dni się nie odzywa. Mama myśli, jak to wszystko pogodzić. Przecież Ania jest taka zdolna, czekałaby ją świetlana przyszłość, jeśli nie zaszłaby w ciążę. Miała iść na studia związane z medycyną. No nic, w końcu rodzice idą na pewną ugodę, że w razie czego Ania z Tomkiem mogą na nich liczyć. Jednakże Ania nie ma zamiaru niszczyć swojej przyszłości podczas babrania się w brudnych pieluchach i wysłuchiwania jazgotu dziecka przez 24h na dobę.” Co powinna zrobić Ania? No cóż, myślę, że jest na tyle dorosłą osobą, by zdawać sobie sprawę, że jak się odbywa stosunek płciowy, to jakieś ryzyko (mniejsze lub większe) zajścia w ciążę istnieje zawsze. Skoro ma wsparcie rodziców i chłopaka, to nie powinna surfować po stronach tanich linii lotniczych do Holandii, żeby pozbyć się „kłopotu”. Najwyżej będzie musiała się pożegnać z tak ciężkim kierunkiem i wybrać coś lżejszego, najlepiej zaocznie. W weekendy przecież dzidzią może zająć się ktoś z rodziny przez te kilka godzin. Tak, akurat w tym przypadku jest rozwiązanie, więc absolutnie nie jestem za tym, by Ania usuwała ciążę. Nie przekonają mnie też argumenty „Moje ciało, więc mogę robić z nim, co zechcę”. No dobrze, więc skoro martwi się tak o swoje ciało, to czemu nie pomyślała o tym wcześniej? Najwyraźniej nie było to takie ważne.
Rozpatrzmy kolejny przykład. Sytuacja jest podobna, z tym, że rodzice Ani i są bardzo ubodzy, a Tomek nie bardzo ma ochotę niańczyć dziecko, więc sam postanawia, że zarobi na zabieg.
W tym przypadku, Ania dla dobra dziecka powinna poszukać jakiejś pomocy. Wiem, że Polska rzeczywistość jest, jaka jest. Myślę jednak, że jest wiele par, na przykład Piotr i Ewelina, które pragnęłoby tego dziecka niekoniecznie legalnie. I tu się pojawia kwestia mojej moralności dotyczącej sprzedawania dzieci. Ohh, jakaż jestem niemoralna! Pomijając to, że wszystko potrafię ubrać ładnie w słowa, to zaznaczę kilka kwestii. Na dziecko z ośrodka adopcyjnego trzeba czekać bardzo długo, nawet kilka lat, a przypuszczam, że koszty załatwiania wszystkich formalności są zbliżone do kosztów, jakie Piotr i Ewelina ponieśliby z (hmm... jakby to nazwać?) wymianą dóbr pomiędzy Anią. Dziewczynie przydałoby się wsparcie finansowe po porodzie chociażby na studia, a para miałaby maluszka już od jego pierwszych chwil. Okej, bo już oczyma wyobraźni widzę te wszystkie „hejty” w Internecie, że popieram sprzedawanie dzieci. Może nie do końca tak bym to nazwała. Finansowa zapomoga w tych czasach jest po prostu bardzo ważna, a jeśli się nie jest w stanie nigdzie jej zyskać, to w takim wypadku to popieram. Jestem osobą praktyczną. Dlaczego dziecko ma zostać abortowane; albo ma się wychowywać w biedzie; w ośrodku adopcyjnym, gdzie nie zawsze jest kolorowo i nie zawsze jest nadzieja, że ktoś się tym dzieckiem zainteresuje? No dobrze, rodzina, której się dziecko oddaje, nie zostaje do końca sprawdzona i to jest bardzo silny argument. Ale ile słyszy się o przypadkach, w których nawet te pozornie sprawdzone rodziny, co przeszły przez szereg badań psychologicznych i sprawdzianów, torturują dzieci, którymi mają się zamiar opiekować? W jednym 
i w drugim przypadku jest ryzyko.
A teraz kolejny przypadek.
„Tym razem Ania ma dwanaście lat, niedawno dostała pierwszą miesiączkę. Pewnego dnia, wracając od koleżanki, postanawia iść skrótem przez pozornie opuszczony pustostan. Niestety, na miejscu spotyka chłopaków z III gimnazjum, którzy zaczynają niebezpiecznie zbliżać się do niej. Ania z początku próbuje się bronić, ale potem dostaje jakimś metalowym prętem w głowę. Budzi się całkowicie opuszczona, boli ją całe ciało, a najbardziej okolice krocza. Po czterech miesiącach okazuje się, że jest w ciąży.” Co powinna zrobić Ania? To jest bardzo ciężki przypadek. Tutaj dziecko bezpośrednio zagraża życiu matki, która też jeszcze jest dzieckiem. Jednakże dzidziuś ma już cztery miesiące. Myślę, że decyzja należy tu do rodziców Ani, czy na pewno chcą narażać ją na utratę życia. Nie dość, że doświadczyła bestialskiego czynu, to jeszcze może stracić życie albo pozostać kaleką. Problem gwałtu na młodych dziewczynkach dotyka w szczególności krajów, gdzie islam jest główną religią, ale tym zajmę się za jakiś czas. Gdyby jednak przytrafiło się to mojemu dziecku zadbałabym o jak najlepszego lekarza, a potem psychologa. Dlaczego miałabym narażać własne dziecko? Nie wystarczy, że przeszło już wystarczająco wiele? Jeżeli rodzice Ani podjęliby inną decyzję, myślę, że lepiej byłoby odseparować dziewczynkę od jej dziecka.
W ogóle zastanawiam się, czy nie najlepszym wyjściem byłoby zrobienie ustawy, która nakazuje każdej dziewczynce, która osiągnęła wiek płciowy, branie antykoncepcji do 18 r.ż. Jednakże środki antykoncepcyjne nie są najbezpieczniejsze i powodują bardzo wiele powikłań. Może z takim szybkim wzrostem technologii, jaki teraz obserwujemy, za kilkadziesiąt lat będziemy mieli uniwersalny środek antykoncepcyjny całkowicie bezpieczny dla zdrowia? Ale to znowu jest w pewnym sensie naruszeniem wolności. Jednakże, gdyby tylko była taka możliwość, myślę, że byłoby to najlepsze wyjście. Jeśli będę miała kiedyś córkę, sama się o takie środki zabezpieczenia postaram. Nie przypominam sobie jednak rozmowy z moją mamą o zabezpieczeniach, zanim zaczęłam się kochać. Nie wiem, czego się tu wstydzić? Stawia się sprawę jasno. Nie wiem, gdybym miała córkę, pokazałabym jakieś wstrząsające nagrania, co się dzieje z dziewczynkami, które tak szybko zachodzą w ciążę. Pamiętam, że w III klasie gimnazjum pani z WOSu (którą bardzo szanuję) pokazała nam film, jak usuwa się dziecko. Film, w którym odrywano kończynę po kończynie, a potem miażdżono główkę. Mam to przed oczami do dziś. Ale zawsze zastanawiało mnie, co po tym zabiegu czuła matka? I co czuje dzisiaj?
Ale co z kobietami, które mają na przykład dwadzieścia pięć lat i są ofiarami gwałtu? Taka Ania w sumie może się jakoś utrzymać, a dziecko nie zagraża aż tak jej zdrowiu niż małej dziewczynce. Tutaj kobieta jest całkowicie niewinna i nawet jestem w stanie zrozumieć argument „Moje ciało, robię z nim, co chcę”. Nie patrzyłabym z pogardą na kobietę, która usuwa dziecko, jeśli rzeczywiście jest aż tak bardzo niechciane jako owoc gwałtu i ciąża zostałaby wykryta odpowiednio szybko (tzn. nie wytworzyłby się jeszcze układ nerwowy). Nie wiadomo również, czy dziecko nie odziedziczy beznadziejnych genów po ojcu. Ale aborcja niesie za sobą potężne skutki. To przecież kobieta obwinia się głównie, że zamordowała własne dziecko, więc uczucie pustki, zaniżenie swojej samooceny to efekty, które pojawiają się praktycznie zawsze. Dodatkowo pojawia wiele problemów zdrowotnych. Niekiedy aborcja kończy się trwałą bezpłodnością, jak i również śmiercią.
Weźmy teraz pod lupę kwestię Ani, której Tomek przystawia takiego Colta Pythona do głowy i wysyła do ginekologa na zabieg. Przy jakiejkolwiek możliwej sytuacji trzeba zadzwonić na policję. Wiem, że rzadko zdarzają się takie sytuacje, ale jest z nich wyjście. Myślę, że usunięcie dziecka w takim przypadku wywołałoby o wiele gorsze skutki i Ania prędzej czy później sama skończyłaby ze swoim życiem.
I na koniec zostawiam Anię, która w zasadzie pragnie mieć dziecko z Tomkiem i nawet po wielu próbach im się udaje. Niestety, po jakimś czasie okazuje się, że dziecko będzie trwale upośledzone. I tu również drogi się rozdwajają, bo dziecko może być upośledzone w mniejszym stopniu lub w większym. Przede wszystkim nie brałabym do siebie uwagi jednego lekarza, starałabym się zasięgnąć opinii u większej ilości. Jeżeli jednak okazałoby się, że dziecko będzie bardzo mocno upośledzone i zostanie skazane na okropne katusze po urodzeniu, to uważam, że aborcja to nawet akt w pewnym sensie miłosierdzia. Jeżeli jednak będzie jakakolwiek nadzieja, że dziecko kiedyś będzie mogło w miarę normalnie funkcjonować w społeczeństwie, to trzeba mu w tym pomóc i w takim przypadku aborcji nie popieram.
Gdyby aborcja była legalna, jak funkcjonowałoby to w Polsce? Myślę, że byłoby zbyt wiele złamanych serc. Po co nam to? Absolutnie nie jestem za legalizacją takich zabiegów. Tu nie chodzi tylko o życie dziecka, ale o życie MATKI. Ludzie robią mnóstwo głupstw, które potem rzutują na całe ich życie. Zżerają człowieka od środka. Nikt nie dał nam wskazówek jak mamy żyć i co mamy zrobić w takich przypadkach. Myślę, że można uczyć się na błędach. Zanim podejmie się taką decyzję, porozmawiać z ludźmi, którzy już to przeżyli. Tylko że oni już podpisali na siebie wyrok, a my jeszcze mamy wybór. Z tej perspektywy muszę przyznać, że tak, popieram pro-choice, ale tylko wtedy, jeśli ma się bardzo mocno uzasadnione argumenty. Nie jestem zwolenniczką oddawania życia matki za życie dziecka, jeżeli sama matka tego nie chce. W takim przypadku po prostu jest się całkowicie usprawiedliwionym i nie można mieć wyrzutów sumienia.
W każdym razie psychika ludzka to nie jest zabawka. Nie jest też sprężyną, którą powinno rozciągać się do granic możliwości, tylko po to, by patrzyć jak pęka.