środa, 19 marca 2014

Status quo

Witaj, Drogi Czytelniku!
Zastanawia mnie to, dlaczego aż tyle osób zawiera związek małżeński, a po kilku latach (albo nawet miesiącach) musi męczyć się z papierami rozwodowymi? Jaki jest w tym sens i czy nie jest to po prostu strata czasu? Czy jak młoda dziewczyna zmieni sobie nazwisko na męża, to nagle zyskuje jakiś wyższy status w społeczeństwie? No, może na wsi to jeszcze ma jakieś znaczenie, gdzie wszyscy się znają i obrabiają sobie nawzajem tyłki. Być może ludzie faktycznie "zmieniają się" w małżeństwie na przestrzeni lat, ale osobiście twierdzę, że to jaki ktoś jest w większości przypadków da się sprawdzić jeszcze przed ślubem.
Co prawda nigdy nie zmieniłam swojego stanu cywilnego, jestem zarówno zodiakową panną jak i na papierze, ale wydaje mi się, że ludzie po prostu zbyt pochopnie podejmują niektóre decyzje. I nie chodzi mi tu o werdykt czy na obiad zrobić spaghetti czy risotto, tylko o coś, co może zaważyć na naszym późniejszym życiu w dosyć ewidentny sposób. Problem jest w tym, że właśnie kobiety często łudzą się, że "wychowają" sobie męża tak jak im pasuje: żeby nie mlaskał przy jedzeniu, powstrzymywał czkawkę przy osobach trzecich, czasem pomógł w porządkach, nie uganiał się za kobietami, od czasu do czasu sam coś ugotował, został w domu i zajął się dziećmi, zamiast iść na mecz z kolegami. Nie ma co się łudzić, ślub nie jest magiczną chwilą, która zmienia wszystko na lepsze już do końca życia. Jeżeli partner nie pomaga i zachowuje się jak gbur, nie można mieć pretensji do niego, że się nie zmienia, bo my tego chcemy. W pewnej chwili po prostu przestajemy przymykać oczy na pewne rzeczy i jest to jak chlust zimnej wody na głowę. Zabrzmi to gruboskórnie, ale jest pewna mądra maksyma: "Widziały gały, co brały", którą powtarzam mojej mamie zawsze gdy widzę ją bardzo zdenerwowaną przez tatę, który jest niesamowicie złośliwym człowiekiem i naprawdę jego główne hobby, to irytowanie innych. Mój ojciec taki był na długo zanim się pobrali. Wszyscy to wiedzieli i wszyscy mojej mamie odradzali ślub. Najgorsze, że mama też wiedziała. Ale dziecko.
No właśnie. Drugim powodem, dla którego wyśmiewam idiotyzm społeczeństwa (zwłaszcza młodego), jest branie ślubu, bo nagle pojawia się bardzo nieplanowany potomek. I jak to? Dziecko bez ślubu? Łolaboga! A co powie pani Krysia ze spożywczaka? Tak właśnie widzę powody, dla których zawiera się związek małżeński tego typu. Uwierz mi, Drogi Czytelniku, na słowo, że noworodkowi jest niezwykle obojętne czy jego tata to mąż mamusi, czy nie. Przynajmniej mi było. Przestało być w momencie, kiedy dowiedziałam się, do czego doprowadzają codzienne awantury i jak to się odbija na psychice. Nie byłam podobna do innych dzieci. Na szczęście moi rodzice prawie całe życie mieszkają osobno. Dziecko jest to bardzo uciążliwa i wymagająca poświęcenia istota, ale chyba nie ma nic bardziej kochanego. Wiem, bo mam dużo młodszą siostrę i zaufaj mi, Drogi Czytelniku, świat wywrócił się do góry nogami, kiedy Ona się urodziła. Młodzi małżonkowie mogą być po prostu sfrustrowani sobą, bo oboje mają poczucie, że są najgorszymi rodzicami na świecie, a partner również zawodzi ich oczekiwania.
Ślub to zakład o połowę majątku czy partner będzie z nami do końca życia. To oznacza ogromne zaufanie do drugiej osoby, że nie sprzeniewierzy wspólnych pieniędzy, nie narobi niebotycznych długów, które będziemy musieli spłacać po rozwodzie itd. Jestem osobą praktyczną i wolę patrzyć właśnie pod tym kątem, a jest to podejście zdrowe i rozsądne.
Z małżonkiem powinno się mieć przyjacielski stosunek, zwłaszcza jak miłość i namiętność już dawno uleciała w eter. Generalnie, wszystko sprowadza się do oczekiwań od drugiej osoby. Czasami po prostu żądamy tego, czego sami nie jesteśmy w stanie zaoferować. Wiadomo, że zasady muszą być ustalone i naprawdę nie powinno się ich łamać. Jeśli partner zawodzi nas teraz, to będzie to robił w przyszłości.W każdym razie apeluję do wszystkich osób, które mają zamiar się pobrać, żeby przedyskutowały ze sobą wszystko, co się im podoba lub nie. To jest naprawdę poważna decyzja.
Poza tym, pomyśl, Drogi Czytelniku, o czym dopiero pani Krysia będzie rozpowiadać, jak się dowie o rozwodzie. No, chyba że będziesz tkwił w niewypalonym małżeństwie aż zgorzkniejesz do cna.
Ale werdykt pozostawiam każdemu indywidualnie.




środa, 12 marca 2014

Trzeba wziąć się w garść

Witaj, Drogi Czytelniku!
Jutro egzamin, a ja nadal nie mam żadnej motywacji, by zajrzeć do książek. Od czego w końcu są drugie terminy? No cóż, im więcej mam czasu na przygotowanie się, tym bardziej nie dociera do mnie, że w ogóle mam pisać cokolwiek.
Solennie postanowiłam zająć się stanem moich włosów. W tej chwili, moje włosy przypominają... hmmm... sama nie wiem co i chyba nie ma na świecie nic gorszego niż one same. Farba zupełnie wypłowiała, więc moje kudełki do słońca stwarzają pozory rudych. Nigdy, nigdy, nigdy w życiu nie chciałam mieć rudych włosów. Waham się, czy w piątek iść i zafarbować włosy na ciemny, konkretny kolor. Nie chcę ich niszczyć bardziej, lecz taki kolor jest nie do przyjęcia.
Jak mam zamiar się zająć moją czupryną? Przede wszystkim problem jest taki, że przy tych wszystkich chemiach, jakie przeszłam podczas operacji (mój organizm zupełnie nie toleruje morfiny – wyłysiałam prawie) i prostowanie włosów lichą prostownicą, którą na dodatek dała mi koleżanka zupełnie zniszczyłam włosy. Miałam piękne bujne fale do pasa koloru platyny, mieniące się jak tafla wody. Teraz mam strzępek włosów na głowie. Nie dość, że są przeraźliwie cienkie, to jeszcze rzadkie i prawie znać łysinę (co prawda, to częsty problem długowłosych dziewczyn). Swoimi włosami zainteresowałam się gdzieś w styczniu, a od listopada prawie w ogóle ich nie prostuję (dosłownie 2 razy w miesiącu). Co trymestr przycinam sobie tak z 3-4cm, żeby włosy wyglądały zdrowo. Od lutego stosuję też maseczkę – żółtko, olejek rycynowy i cytryna. Nakładałam to na włosy 3 razy w tygodniu na 2 godziny, lecz niedawno przeczytałam, że to zdecydowanie za często i za długo. Wystarczy raz w tygodniu na pół godziny.
Czesanie: Z racji tego, że mam faliste włosy, muszę ograniczyć czesanie do absolutnego minimum. Niestety, nie jestem w stanie wyeliminować tej czynności z mojego życia zupełnie, ponieważ moje włosy przypominają dżunglę, gdy ich nie uczeszę. Postanowiłam kupić szczotkę z naturalnym włosiem oraz drewniany grzebyk z szeroko rozstawionymi ząbkami.
Mycie: Nie zamierzam myć włosów częściej niż co dwa dni, bo nie mam na to ani czasu, ani tego nie potrzebuję. Na pewno będę stosować metodę OMO (olejek kokosowy, mycie szamponem, odżywka lub maska) Przede wszystkim zaopatrzyłam się w profesjonalny zestaw do włosów farbowanych L'Oréal Vitamino Color. Po zafarbowaniu włosów w piątek będę używać szamponu i odżywki z tej firmy przez dwa tygodnie. Następnie przejdę na zupełnie naturalne produkty, szampony mniej hmm... inwazyjne. Kiedy przyjadę do domu rodziców, to wezmę sobie dwa ręczniki z mikrofibry, żeby dodatkowo nie niszczyć łuski włosa przy osuszaniu.
Olejowanie: Olejek rycynowy, kokosowy, dodatkowo Fur Mama Babydream. Powiedzmy, że w niedzielę będę sobie robić maseczkę z jajka, a w środę wcierać Fur Mama Babydream. Zmierzam też stosować Eliksir ziołowy Green Pharmacy. Taka wcierka będzie trwała dwa tygodnie co dwa dni.
Odżywianie się: Co prawda, nie jestem w stanie zmienić swoich nałogów żywieniowych oraz nastawienia do gotowania. Nie wiem, co spowodowane jest aż taką awersją do kuchenek i widoku garów z bigosem na przykład... ale postaram się zwracać uwagę na to, co jem. Przede wszystkim owoce sezonowe, czyli w tej chwili cytrusy. Mój Najdroższy dba o to, by mieć ciągle owoce pod ręką, bo ja przy zakupach notorycznie o nich zapominam. No cóż, muszę przyznać, że jestem kiepską panią domu (oprócz tego, że uwielbiam jak jest porządek). Suplementy diety również będą pełnić ważną funkcję w odżywianiu (o ile sobie o nich przypomnę). Dodatkowo, obowiązkowo, drożdże – mają zbawienny wpływ na paznokcie oraz włosy. Podobno rosną na nich jak... na drożdżach. Nie można zapomnieć również o codziennej herbacie z pokrzywy. Uwielbiam pić herbatę i traktuję to niemal jak rytuał.
Nie chcę zniechęcić się do osiągnięcia mojego celu. Nie mogę zmuszać się do wykonywania czynności, których nienawidzę, czyli przykładowo gotowania. Wiadomo, że na początku będę musiała dużo eksperymentować, żeby określić, co dla moich włosów jest najlepsze. Nie mogę jednocześnie w mojej kuracji używać kosmetyków wymagających zbyt dużych nakładów finansowych (ten zestaw L'Oréal Vitamino Color to tylko tak jednorazowo jak na razie). Muszę uważać, aby nie przeproteinować sobie włosów, więc co dwa tygodnie będę przestawać stosować olejki na tydzień. Będę na bieżąco komentować, jaki mam stan włosów. 



sobota, 1 marca 2014

Toksykologia

Witaj, Drogi Czytelniku!
Sesja zdana bardzo pozytywnie, a to zachęca i motywuje. Mimo to ostatnio zrobiłam się strasznie leniwa. W zasadzie to zawsze byłam leniwa, ale teraz przekroczyłam już wszelkie granice. Jednakże usprawiedliwia mnie to, że dwa tygodnie kompletnego nic nierobienia bardzo pomogło mi odzyskać siły. W nowym mieszkaniu wszystko idzie swoim trybem, ze współlokatorami widuję się bardzo rzadko. Cieszę się, że mogłam tyle czasu spędzić z moim Najdroższym. Najlepsze jest to, że w tym półroczu mam świetny podział godzin na uczelni. Nie będę już wracać o 21:00 z zajęć. Mam ochotę zrobić coś kreatywnego, a zarazem coś, co przyniesie mi zysk. Od pewnego czasu myślę dosyć poważnie nad ponownym podjęciem się programowania. Nie wiem, czemu ale należę do tej absolutnej mniejszości świrów, których programowanie kręci. Pamiętam, że zaczęłam babrać się z C++ jak miałam trzynaście lat, ale potem to porzuciłam, jak wszystko inne. Czuję, że mój umysł jest taki zastany, stary... że zasnął i się nie obudził. W ogóle bardzo często przyłapuję się na kompletnych dziurach w pamięci. Nie jestem w stanie policzyć rzeczy, które ostatnio zgubiłam.
W każdym razie nie o tym chciałam dzisiaj pisać, przejdę więc do właściwego tematu.
Przyznaję się, z ręką na sercu, że jestem infantylna i zaborcza, a co za tym idzie, również zazdrosna. Nie chcę, by to psuło nasz związek. Doskonale zdaję sobie sprawę, że ma to w moich ogromnych kompleksach. Po prostu nie jestem w stanie się postrzegać pozytywnie, co mnie przeraża. Mam na myśli to, że jestem tak zagorzałą realistką i na pewno to w jaki sposób siebie widzę, to jedyny prawdziwy sposób. Nie mam zamiaru również się usprawiedliwiać, chociaż wiem, że ostatnio robię się coraz bardziej dziwna i zgorzkniała. Aż tak słabo psychicznie nie czułam się już dawno. Zaczęłam nawet szukać jakichś mocnych środków nasennych. Po chwili jednak pomyślałam: „Dziewczyno, co ty najlepszego robisz?!” i wyłączyłam Internet.
Siedzi we mnie toksyczny robak. Kiedy wychodzę bez makijażu mam atak paniki, że wszyscy nagle się na mnie patrzą, że przynoszę Mu wstyd swoim wyglądem. Nie umiem tego wytłumaczyć, lecz jeśli ktoś skrytykowałby mój wygląd, wcale nie zrobiłoby mi się przykro . Po prostu zaakceptowałabym to jako fakt. Wiem, to, co napisałam powyżej zupełnie sobie przeczy, ale jestem kobietą, więc wolno mi się tak czuć. Wracając do zazdrości, to każdej osobie, która czuje, że ma z tym problem, radzę zrobić to samo, co ja. Znaleźć jej źródło. Nie ma sensu od razu obarczać tym partnera. Hipokryzja, ale oparta na własnych błędach. Gdybym nie była egoistką, pewnie ta zazdrość też nie dawałaby aż takich efektów. Ciężko w sprawie zazdrości znaleźć złoty środek. Niektórzy mówią, że dojrzała miłość, to miłość bez zazdrości. Nie sądzę. Ludzie to zwierzęta (co jest widoczne bardziej lub mniej) i w pewien sposób jest w nas zakodowany system samozachowawczy. Nie wiem, czy dobrym przykładem będzie matka, która wyrzeka się swojego dziecka, żeby nie iść do gazu w Oświęcimiu w 1942r. Ale jednak coś w tym jest. Ktoś może oczywiście powiedzieć, że nie można oczekiwać ani krztyny humanitaryzmu, jeżeli człowiek ląduje w nieludzkim środowisku. Tak, zgadzam się, jednakże jest coś w nas takiego, co skłania nas do nieustannej walki, ciągłego gromadzenia, prób wskoczenia na wyższy szczebel drabiny społecznej, taka kropla oportunizmu. We mnie jest całe morze oportunizmu i w tym jest problem właśnie. Co nie znaczy, że nie mam dobrego serca. Mam, póki ktoś nie próbuje mi odebrać czegoś, na czym mi niesamowicie zależy. Długa dygresja, ale zmierzam do tego, że ciężko mi uwierzyć, iż osobie, która nie jest zazdrosna, zależy na czymkolwiek. Można sobie wmawiać, że nie jest się zazdrosnym, ale jak wcześniej wspomniałam, to siedzi w człowieku, taka obawa, że można coś lub kogoś stracić. Oczywiście, nadmierny strach prowadzi do czegoś w rodzaju manii, a to już bardzo wyniszcza związek. Kolejny krok, to porządne zastanowienie się, o co lub o kogo jest się zazdrosnym. I wypisanie czarno na białym jakie się ma do tego powody. Ostateczny rozrachunek i tak należy do Ciebie, Drogi Czytelniku, ale należy zrobić to możliwie najbardziej na chłodno.