środa, 17 września 2014

Where the wild roses grow...

Witaj, Drogi Czytelniku!
Szczerze powiedziawszy... po raz pierwszy wpatruję się w ekran laptopa i nie potrafię z siebie wydusić ani słowa, bo nawet nie wiem od czego mam zacząć... Niewinny początek leży gdzieś zamazany w historii, a koniec... no cóż, mam nadzieję, że właśnie nadszedł. Czuję się upokorzona faktem, iż byłam przez ten cały czas zdradzana. Nie dość tego, zostałam następnie okłamana, że przecież to było planowane, ponieważ inaczej byśmy trwali w tym toksycznym związku wieczność... Wiem, że to bajka wymyślona na poczekaniu i kiedy tego wysłuchiwałam, tylko uśmiechałam się w głębi duszy...  Tak naprawdę zdaję sobie sprawę, że wszystko działo się z premedytacją. Z drugiej strony jestem z siebie dumna, że dobrze to znoszę, potrafię załatwić wszystko tak, jak robi to rozsądny człowiek. Czuję wielki kamień gdzieś w sercu, bo dałam sobą w taki sposób manipulować i bezkarnie ranić, ale powoli zaczynam oddychać z ulgą, ponieważ mam świadomość, że za trzy dni kończę dwadzieścia lat i tak naprawdę... świat stoi otworem. Mimo wszystko nie jestem jeszcze gotowa, by stawić czoło jego przyjemnościom i przykrościom. Mam wrażenie, jakbym znalazła dziś ostatni element puzzli, którego tak mi brakowało. Posiadam przed sobą całą układankę, cały obraz tego, z kim się związałam. Mimo że ten obraz niezwykle mi się nie podoba, to jest bardzo ważny i jego cień będzie chodził za mną pewnie przez lata... Jestem spokojna. Jestem oazą stoicyzmu i ciszy. Przyjmuję cały ten los z pokorą, jak nigdy mi się nie zdarzało. Nie poznaję siebie, ale wiem, że to krok milowy w dojrzałość...
Postanowiłam wyeliminować wszystko, co jest z nim związane, począwszy od wiadomości, nawet po zastrugiwaczkę. SMS-y usuwam bardzo często, bo zajmują mi dużo pamięci w telefonie, ale gdzieś w czeluściach skrzynki pocztowej facebooka, znalazłam naszą starą rozmowę sprzed ponad roku. Kiedy ją czytałam, byłam bardzo zdziwiona, jak niesamowicie zmieniłam się przez ten czas. Postanowiłam to zweryfikować. Przede wszystkim, cała namiętność ze mnie uleciała jak para w eter. Przedtem flirtowałam niemal w każdej wiadomości w ten lub inny sposób, ale wszędzie można było wyczuć jakąś iskierkę, niewinne droczenie się. Poza tym, mam wrażenie, że wbrew pozorom, bardzo dużo wtedy rozmawialiśmy, te rozmowy nie wprawiały nas w zakłopotanie, nie irytowały nas... A jeszcze niedawno bałam się, że powiem coś nie tak lub czegoś niedosłyszę i zostanę zwyzywana... Zastanawiam się, czy gdyby nie te ciągłe nerwy i stres, nadal zachowywałabym się podniecająco i stymulująco. Chyba tak, bo przecież taką miałam wcześniej naturę. Mam szczerą nadzieję, że to wróci i ktoś inny będzie się tym cieszyć... odkryje mój blask w oku, który został tak bezlitośnie zgaszony.
Mój wygląd również bardzo się przeobraził. Zmieniłam kolor włosów, przestałam malować paznokcie, nie zawsze chciało mi się depilować nogi co 3 dni... w wakacje bardzo rzadko robiłam sobie makijaż, żeby moja skóra mogła odpocząć przed codziennym tynkowaniem i szpachlowaniem przez godzinę w roku akademickim. Seksowne spódniczki zamieniłam na wygodny dres.
Absolutnie, nic go nie usprawiedliwia, że mnie zdradzał, ale... znalazłam pewien punkt odniesienia i teraz, kiedy na to wszystko patrzę, nie dziwię mu się, że to robił. Jednakże wyglądałabym i zachowywałabym się zupełnie inaczej, gdyby to wszystko mnie aż tak bardzo nie przytłaczało. Gdybym tylko mogła odetchnąć pełną piersią, a nie kulić się w środku... Aż w końcu zamknęłam się w sobie tak mocno, że nie chciałam nikogo do siebie dopuścić. Także, a w zasadzie przede wszystkim, jego.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz