środa, 25 stycznia 2017

Irlandia

Witaj, Drogi Czytelniku!
Poprzedniego maja wyjechałam do Irlandii. Pobyt był wspaniały, ponieważ pogoda okazała się, po prostu, świetna. Mogliśmy bardzo dużo zwiedzić. Mam wiele fotografii, a kilka z nich postanowiłam zamieścić poniżej.
Irlandia to wspaniały, niemalże baśniowy kraj. Jest na tyle piękny, że mogłabym tam zamieszkać (chociaż jestem pewna, że pogoda dobiłaby mojego męża doszczętnie. My - Polacy - jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że nagle zaczyna padać deszcz i miesiącami nie pojawia się słońce). Państwo to jest bardzo górzyste, otoczone oceanem (do którego przez przypadek wpadłam. Dwa razy). Teren jest niezwykle zróżnicowany - klify, skały, kamienie, równiny, wzgórza i pagórki. Mimo, że to kraj raczej senny i spokojny, nie jest nudny. Często pojawiają się zamki i inne budowle historyczne. Jest też miejsce modłów/ cmentarz ludzi prehistorycznych.
Irlandia jest bardzo czysta. Domy wyglądają bardzo pastelowo, trawnik jest zawsze przystrzyżony, dlatego wszystko wygląda na zadbane. Mury wokół domów są kamienne i niskie, prawdopodobnie robione tylko po to, by dodać uroku. Nieopodal zabudowań pasą się zwierzęta na pastwiskach. Wszystko jest zielone, szmaragdowe, seledynowe, groszkowe, miętowe, pistacjowe, oliwkowe i malachitowe. Naprawdę, Irlandia to prawdziwie zielony kraj. Uwagę mogą zwrócić lasy. Wszystkie drzewa są zasadzone w podejrzanie pedantycznym porządku. To dlatego, że kilkadziesiąt lat temu w Irlandii wycięto prawie wszystkie lasy. Kiedy zorientowano się, jak ogromną szkodę wyrządzono, zaczęto stopniowo i skrupulatnie zalesiać kraj. Skutkuje to tym, że widać ewidentną ingerencję człowieka w naturę. Drogi są tak wściekle wąskie, że nietrudno o wypadek i dziwię się, jak Irlandczycy mogą prowadzić samochód w takich warunkach.
Nie poznałam zbyt wielu tubylców, ponieważ podróżowałam z rodziną i do rodziny, więc chcieliśmy wspólnie spędzić czas. Irlandczycy, których udało mi się spotkać byli mili, życzliwi, uśmiechnięci, skorzy do rozmowy i można mieć wrażenie, że nawet lubią Polaków. Nie odmawiają również alkoholu. Kilka razy wyszliśmy do pubu, od razu zostaliśmy otoczeni przez grupkę Irlandczyków, kibiców jakiegoś klubu. Byli bardzo szczęśliwi, ponieważ ich ukochany klub wygrał ostatni mecz (a ponoć od lat ponosił same porażki). Byli również mocno wstawieni - widać, że nie był ich to pierwszy odwiedzony pub tej nocy. Przez dwie godziny tłumaczyłam rozmowę z angielskiego na polski i odwrotnie, żeby mama mogła zrozumieć próbę flirtu jednego z zapalonych kibiców. Dla mamy było to nawet miłe i świetnie się przy tym bawiła. Dla mnie zrozumienie lekko pijanego Irlandczyka nie było prostym zadaniem, ale poradziłam sobie całkiem dobrze. Często się zdarza, że do pubu przychodzą ludzie z instrumentami muzycznymi i po prostu, zaczynają grać i śpiewać irlandzkie przyśpiewki. Reszta klientów dołącza się do nich. Generalnie, ma być głośno i jest głośno. Tak też było i tamtym razem.
Jedzenie Irlandczyków jest nawet smaczne, szczególnie zasmakowała mi zupa rybna (Irish chowder). Z racji tego, że nie spożywam alkoholu, nie piłam też słynnego Guinnessa, chociaż mama wspomniała, że bardzo jest bardzo gorzki. Udało mi się zwiedzić prawdziwy kawał Irlandii, zobaczyłam mnóstwo ciekawych miejsc, pokonując setki kilometrów. Gorąco polecam - kraj zapiera dech w piersiach. Wspomniałam chyba o wszystkim, o czym miałam napisać. A teraz - zdjęcia:






 


 


 




































czwartek, 12 stycznia 2017

Małżeństwo

Witaj, Drogi Czytelniku!
Nie pisałam postów na tym blogu od bardzo dawna. Miałam bardzo wiele powodów. Najpierw musiałam pogodzić pracę ze studiami. Postanowiłam też studiować w Niemczech, więc zapisałam się na błyskawiczny kurs niemieckiego, coby odświeżyć sobie trochę tego języka. Jak już pewnie się domyślasz - zerwałam ze swoim chłopakiem i się od niego wyprowadziłam, ale nadal się z nim przyjaźniłam. Według mnie, nie był złym człowiekiem, po prostu niespełnionym, pełnym tęsknoty za czymś, co stracił i nieszczęśliwym. Zamykał się w świecie wirtualnym. Tak jak i ja... Jestem pewna, że mogłaby pokochać go dziewczyna, która byłaby zupełnie inna niż ja, zupełnie inaczej postrzegałaby związek i przestrzegała innych zasad. Ja potrzebowałam czegoś stałego, rodziny, zobowiązania, wierności aż po grób. On chciał czegoś otwartego, flirtu, wolności. To po prostu, nie mogło się udać.
Postanowiłam, że w końcu chwycę wiatr w żagle. Następnie przyszedł czas na napisanie pracy licencjackiej. Koniec końców, nie wyszło mi to najlepiej, bo wybrałam temat, który mnie zupełnie nie interesował.
W moim życiu pojawiła się kolejna osoba - bardzo przystojny, władczy i zaborczy, bardzo inteligentny Turek. Jak się poznaliśmy? Grając w Counter Strike: Global Offensive. Jego serca nie przebiła strzała Amora, a kula z karabinu. Mojego karabinu. Podobno, zakochał się od razu i twierdził, że jestem jego przeznaczeniem. Bardzo niewiele słowiańskich kobiet, dobrze znających język turecki, gra w Counter Strike'a.
Graliśmy od tej pory zawsze razem. Nigdy nie myślałam o żadnych związkach przez Internet, na początku chciałam tylko poduczyć się tureckiego i mieć kolejnego kolegę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zaczął nazywać mnie swoją "dziewczyną". Jednakże, jak już zdążyłeś/łaś się domyślić, nie jestem specjalnie asertywną osobą.
Potem zaczął nalegać, bym przyjechała do Turcji, chciał mi nawet kupić bilet. Nie miałam powodów, by mu nie ufać, bo zdążyłam poznać jego rodzinę. Bałam się jednak, że wszystko dzieje się stanowczo za szybko. Wahałam się, ale postanowiłam wziąć koleżankę. Koniec końców, kupiłam bilet, a koleżanka mnie wystawiła. Pojechałam sama. To była najpiękniejsza podróż, jaką przeżyłam, a wyjeżdżałam dziesiątki razy. Byłam wniebowzięta.
Od tamtej pory, zaczęłam już bardzo poważnie traktować ten związek. Ze względu na to, że był to ostatni semestr na uczelni, miałam mnóstwo pracy. Nigdy nie byłam tak zorganizowana, ale miłość była moim paliwem. I witamina A. Pamiętam, jak przysłał mi kwiaty... popłakałam się ze szczęścia i niedowierzania. Jednakże, nie wszystko było w naszym związku tak kolorowe. Przeszkadzała mi jego zaborczość. Nie chciał, bym spotykała się z ludźmi, których znałam latami i bardzo lubiłam. Czasami robił awantury o to, że śmiałam mieć innych chłopaków przed nim. To rzucało ogromny cień na ten związek, ale jak sam twierdził, kiedyś miało mu przejść...
Jednakże, nikt nigdy nie kochał mnie tak jak on i to było pewne.
Porzuciłam plany o studiowaniu w Niemczech, postanowiłam wyjechać do Turcji na stałe. Spotkałam się z ogromnym oburzeniem, a najmilsze komentarze, co do moich wyborów, to: "Ale z Turkiem?!", "Chyba zgłupiałaś!" albo "Odważna jesteś". Owszem.
Czas leciał jak piasek przez palce, ponieważ miałam tak wiele do zrobienia. Ciężki kierunek, praca licencjacka i kurs niemieckiego i angielskiego. Chodziłam na siłownię cztery, pięć razy w tygodniu. Musiałam też poświęcić czas dla znajomych, dla niego. Uczyłam się godzinami, prawie w ogóle nie śpiąc. W niedziele chodziłam do znajomych, grywaliśmy w gry planszowe lub komputerowe, przestałam się z nimi spotykać miesiąc przed sesją. Starałam się nie nadużywać witaminy A, żeby potem nie mieć problemów ze zdrowiem. Schudłam bardzo mocno. Sesję zdałam świetnie, licencjat obroniłam, kursy skończyłam z wysokimi ocenami. Czułam się spełniona.
Poszłam na ostatnie spotkanie pożegnalne z moimi znajomymi, które zorganizował mój były. Koledzy kupili mi prezenty, które trzymam do dziś... To był piękny czas. Po spotkaniu czułam się beznadziejnie. Wiedziałam, że będę musiała zerwać z nimi kontakt po wyjeździe do Turcji, bo dałam słowo. Rodziców bardzo dotknęła wiadomość o moich planach. Prawie straciłam rodzinę. Koniec końców, zaakceptowali i bardzo pokochali mojego męża. Ale przeszliśmy długą, wyboistą drogę...
Wyjechałam 13 lipca 2016 roku. Dwa dni po wyjeździe do Ankary odbył się pucz. Kilkaset metrów od nas ktoś strzelał, ktoś tracił życie. Byłam wściekła na samą siebie, że przyjechałam do Turcji, ale mojemu chłopakowi udało się mnie jakoś przekonać do zostania. Poza tym, i tak mieliśmy zamieszkać po europejskiej stronie, w bardzo małej miejscowości. Potem się zaręczyliśmy i pobraliśmy. 30 września odbyło się nasze wesele...
Mój związek jest w porządku, poza kilkoma... sytuacjami, ale tak jest w każdym małżeństwie. Czasami żałuję tego, że nie mieszkamy w Polsce. Zderzenie kultur jest ogromne, chociaż zgadzamy się w wielu sprawach - na przykład mamy taką samą wizję małżeństwa. Bardzo pozytywne jest to, że jesteśmy tylko dla siebie. On nie wyobraża sobie frywolnych rozmów z innymi kobietami. Tego, czego wymaga ode mnie, wymaga od siebie. Dla Polki wydaje się być niemożliwe, że mój mąż ma hasło do wszystkich moich kont, a ja do jego; że mając 22 lata, zamiast wyjść na miasto, wolimy pić herbatę przy świecach; że oboje nienawidzimy alkoholu i go nie spożywamy; że jesteśmy konserwatywni i konsekwentni do bólu. Wiem, że nikt by o mnie tak nie zadbał i nikt by tak nie kochał, jak mój mąż.
Opowiedziałam wszystko w ogromnym skrócie. Z czasem będę rozwijać temat, jednakże o moich perypetiach w Polsce i Turcji można by napisać książkę.