piątek, 21 lipca 2017

...i negatywne.

Witaj, Drogi Czytelniku!
Dzisiaj trochę ponarzekamy. Życie w Turcji nie zawsze jest dla mnie proste, a czasami potrafi być naprawdę frustrujące. Tak jak wspomniałam wcześniej, nie ma dnia, żebym nie myślała o Polsce i swoim "dawnym życiu". Nie rozmawiam ze swoimi byłymi chłopakami, ponieważ dałam słowo. Niektórych znałam latami i zwyczajnie jestem ciekawa, co się u nich dzieje. F. również nie rozmawia ze swoimi eks, chociaż jemu przyszło to o wiele prościej, ponieważ wraz z końcem związku, kończył całą znajomość.
Na początku przeżywaliśmy wiele "kulturowych" problemów. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego w Turcji podczas 45 stopniowego upału kobiety ubierają grube jeansy, a czasami nawet płaszcze i owijają się hijabem z naprawdę grubego lub nieprzepuszczającego powietrza materiału. Ja czasami nie byłabym w stanie ubrać się w taki sposób późną jesienią w Polsce, a co dopiero w sam środek lata! Nawet w najbardziej turystycznych, "europejskich" miejscach ubiór kobiet jest o wiele bardziej skromniejszy. Do dzisiaj patrzę na to z podziwem i zgrozą, ponieważ nigdy nie miałam oporów z założeniem w lecie spódniczki mini czy głębokiego dekoltu. Ubiór w Turcji pozostaje do dziś dla mnie sprawą kontrowersyjną i niezrozumiałą ze względów praktycznych.
W Turcji nie przystoi publiczne malowanie ust pomadką. Co z tego, że pozwalają na to nawet reguły savoir-vivre. Nie i koniec. Jak ma się okropnie "zjedzoną" pomadkę, trzeba znaleźć najbliższą toaletę albo ustronne miejsce, co w Turcji nie zawsze jest ptoste.
Kolejną rzeczą, która niemiłosiernie mnie denerwuje jest cło. W Turcji jest kilka dobrych lokalnych i zagranicznych marek kosmetycznych. Niestety, kosmetyki zagraniczne są okropnie drogie, a lokalnym firmom nie zawsze ufam. Na początku pomyślałam, że nie będzie to problemem, przecież mogę zamówić kosmetyki z oryginalnej strony i po prostu mi je prześlą. No... nie. Dlaczego? Kosmetyki zostają zatrzymane i zniszczone na cle. Nie ważne, ile się wydało (czy jest to kilka lirów, czy setki). Jeszcze ani razu kosmetyki zakupione za gramicą nie zostały przepuszczone przez cło. Makijaż to moje hobby. Mimo że w ciąży maluję się o wiele lżej lub wcale, kosmetyki czasem się kończą lub tracą datę ważności. Czekanie całego roku na przyjazd do Polski i zrobienie zapasów będzie naprawdę frustrujące. Nawet żele i olejki dla dziecka nie przejdą przez cło.
Następną kwestią są... kobiety. Znam kilka Turczynek, które są jak anioły. Zazwyczaj są to osoby z rodziny F. Bardzo, bardzo dobre istoty. Znam też kilka dziewczyn, które po przyjeździe do Polski  i pokazaniu na co je stać, niechybnie zamknięto by w szpitalu psychiatrycznym. A dlaczego? Opowiem pewną anegdotkę. Podczas zaręczyn moich i F. miał przyjechać do nas jego najlepszy przyjaciel, którego F. znał od dziecka. Nie przyjechał. Dlaczego? Jego dziewczyna mu zabroniła. Powód: jej jakaś tam odległa koleżanka nie lubiła dziewczyny, która pomagała mi się przygotować podczas zaręczyn. Wybranka serca przyjaciela F.nawet nie znała tej dziewczyny... To bardzo dotknęło F. Powiedział mi, że wybaczył swojemu przyjacielowi to, że nie było go podczas jednego z najważniejszych dni w jego życiu, ale nigdy mu tego nie zapomni. Kolejna anegdotka: F. trzymał się z kilkoma chłopakami w liceum. Tworzyli zgraną paczkę i byli naprawdę blisko (nazwijmy ich E. i H.). Dziewczyny E. i H. pokłóciły się ze sobą, bo jedna z nich kupiła do swojego salonu bardzo podobną sofę. Poróżniły się do tego stopnia, że chłopaki, mimo iż znają się od dziecięcych lat, nie zaprosili jeden drugiego na swój ślub i wesele. Kiedy to usłyszałam, nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Czy znasz, Drogi Czytelniku, jakąś Polkę-wariatkę, która odstawia podobne rzeczy? Ja nie znam. Ale czuję się wspaniale, kiedy F. mówi do swoich znajomych - jedźcie do Polski, znajdźcie sobie dziewczynę Polkę, to nie będziecie przeżywać podobnych debilizmów i wasze życie stanie się o wiele spokojniejsze. Niektóre Turczynki, to nie są (jak w opinii powszechnej) uległe i słuchające się męża kobiety. Zwłaszcza jeżeli chodzi o meblowanie mieszkania. Mąż nie ma prawa wydać jakiejkolwiek opinii w tej kwestii. Dlatego często mieszkania przypominają pokoje pięciolatek - pastelowe, różowe. Niegustowne, niepraktyczne, ohydne. Byłabym wstanie zrozumieć, gdyby miał tak wyglądać pokoj dla małego dziecka, ale jak w takim domu może mieszkać facet i nie oszaleć?
Często mam wrażenie, że niektóre tureckie dziewczyny bardzo wykorzystują finansowo swoich chłopaków. Polce zrobiłoby się wstyd, ale dla Turczynki jest to zupełnie normalne. No bo przecież, czemu nie można poprosić swojego chłopaka o nowy samochód z okazji zaręczyn? (Samochody w Turcji mają niebotyczne ceny). Właśnie z tych powodów, bardzo uważam na to, z kim się zadaję i o czym rozmawiamy. Na szczęście, w moim miasteczku mieszka druga Polka. Naszym najukochańszym tematem rozmów jest narzekanie. Z nikim innym tak dobrze mi się nie narzeka, jak z nią. Przed poznaniem tej koleżanki były chwile, kiedy czuałam się bardzo samotna. Nie wszystko byłam wstanie powiedzieć F., czasami chciałam ponarzekać na niego, czasami nie pozwalała mi na to moja bariera językowa.
W poprzedniej notatce wspominałam o jedzeniu. Generalnie, turecka kuchnia, jeśli chodzi o restauracje, jest na bardzo wysokim poziomie. Jednak po jakimś czasie zaczyna przeszkadzać, że do potraw nie dodają przypraw typu: angielskie zioło, tymianek, rozmaryn. Kto tu słyszał o ziołach prowansalskich? Co to kurkuma? Curry też można znaleźć tylko w określonych punktach. W dodatku domowe jedzenie jest robione na jedno kopyto. Po kilku tygodniach mieszkania "na swoim" tutaj miałam już serdecznie dość. Na szczęście, przywiozłam w styczniu z Polski dwie ogromne reklamówki wszystkich możliwych przypraw, a znajoma pochodząca z Indii ma załatwić mi jeszcze takie specjalne indyjskie, o które ciężko nawet w Polsce. W dodatku, tureckie potrawy są albo za słodkie (jem dżemy dla diabetyków), alboe za tłuste (ponieważ Turczynce nic nie stoi na przeszkodzie dodać 250g masła do sosu pomidorowego). Potem każdy jest zdziwiony, że krewni nagle zaczynają umierać na udary, zawały spowodowane jedzeniem, spotęgowane gorącem.
Moja ciąża przebiegała bardzo skomplikowanie. Każdego ranka budziłam się przerażona z myślą, czy moje dziecko jeszcze żyje. Kiedy nie odczuwałam ruchów przez około trzy godziny, zaczynałam na serio panikować. Przez 5 miesięcy 90% czasu musiałam spędzić leżąc plackiem w łożku albo w szpitalu. Wychodziłam tylko na uczelnię i to bardzo rzadko. Gdybym nie była tak ambitną osobą, mogłabym zapomnieć o studiach. Okazało się, że mam poważnego wirusa nerek i może to spowodować problemy z dzieckiem, a nawet jego śmierć. W Turcji nie chciano przepisać mi żadnych leków, mimo że jedna z nerek była już mocno niewydolna i gdyby nie przyjazd do Polski, to pewnie już nie miałabym nerki. Dodatkowo, przeżywałam coś, co nazywa się mądrze hyperemesis gravudarum, czyli niepowściągliwe wymioty ciężarnych. Niektóre kobiety wymiotują tylko ranem, ja wymiotowałam po każdym posiłku. Nawet nie musiałam nic jeść. Do takiego stopnia, że czasami nie spożywałam nic przez 2, 3 dni (nawet suchego chleba) i mimo, że nie miałam już czym wymiotować, wymiotowałam pustym żołądkiem. Byłam makabrycznie odwodniona, ledwo żywa. Przez pierwsze tygodnie ciąży schudłam 10 kilogramów, które potem było mi ciężko nadrobić. Budziłam się nawet w nocy i wymiotowałam. Leżenie przez tak długi czas nie było dla mnie sprawą prostą. Ktoś musiał ogarnąć dom, ugotować... F. chodził głodny tygodniami, ale nie chciał mnie zmuszać do gotowania. Kolejnym przykrym aspektem ciąży była wrażliwość na zapachy, która nie pozwoliła mi się nawet zbliżyć do kuchni, a gdy widziałam gdzieś mięso, to... miałam szczęście, jak była w pobliżu toaleta. Do dziś robi mi sie niedobrze, kiedy używam chemicznych środków czystości (które w większości zamieniłam na bio). Niestety, nie potrafię wymienić ani jednej pozytywnej strony ciąży. Dla mnie to jeden wielki koszmar, rozczarowanie, tortura i wieczny strach nad utratą dziecka. Rozumiem, że nie wszystkie kobiety przechodzą ciążę tak, jak ja i pewnie niektóre teraz myślą, że wymyślam... ale nie wymyślam. Ciąża to dla mnie 9 miesięcy nieustannej męczarni. Gdyby F. mnie nie wspierał, nawet nie wiem, jak mogłoby się to skończyć...
Pomimo tych wszystkich problemów, które przeżywałam lub przeżywam, czuję, że odnalazłam swoje "miejsce na Ziemi" i nie wyobrażam sobie ponownego zamieszkania w Polsce, jeśli nic się nie zmieni. Oczywiście, jak pisałam, kocham i tęsknię, jednak trzeba za coś żyć, a udało nam się znaleźć nasz aurea mediocritas w Turcji.


wtorek, 18 lipca 2017

Życie na obczyźnie - pozytywne aspekty

Witaj, Drogi Czytelniku!
Rok temu wyjechałam do Turcji. I do tej pory to najlepsza decyzja, jaką podjęłam. Kocham Polskę, ale nigdy w życiu nie osiągnęłabym w tak krótkim czasie tyle, co osiągnęłam w Turcji. Nie wspominając o tym, że władam biegle językiem, który był i jest przedmiotem moich studiów. Z moim mężem nie ma praktycznie żadnych problemów (oprócz znaczenia terenu skarpetkami, ale to chyba cecha wbudowana w DNA samców). Wszyscy się dziwią, jak takie małżeństwo jest w stanie przetrwać bez burz i zgrzytów. Przecież jesteśmy jeszcze dziećmi! A co z granicami kulturowymi?! No cóż, nie wymyślamy sobie powodów do kłótni i jesteśmy dosyć zgrani. Jesteśmy sami dla siebie, trochę odcięci od świata. Co prawda, mam kontakt ze swoimi znajomymi w Polsce, ale raczej ograniczamy się do facebookowych rozmów. Dobrze nam się żyje.
Co nie znaczy, że nie tęsknię za Polską. Po pół roku od przyjazdu do Turcji mialam ogromny kryzys potęgowany hormonami. Prawie płakałam z tęsknoty za pierogami, śledziami, szynką... Za nic nie mogłam przyzwyczaić się do tureckiego jedzenia (i nie mogę do dzisiaj). Poszliśmy na kompromis. Gotujemy raz polskie, raz tureckie dania. A czasami udaje nam się połączyć te dwie kuchnie, tak, żeby obie strony były zadowolone. Ja dodaję moje tymianki, majeranki, rozmaryny, kminki, zioła angielskie i liście laurowe, a mój mąż przygotowuje swoje genialne mięso. Oba żołądki są pełne i zadowolone. Co prawda, śledzi w Turcji nie uświadczę, ale pierogi nauczyłam robić się sama i F. jest w nich zakochany. Po kilku porażkach, jak na przykład niedopieczone racuchy (tłumaczyłam się tym, że my w Polsce jemy czasem surowe ciasto) czy spalonym na węgiel Türlü (według F. w Turcji lubią mocno "przypieczone" potrawy), które były KOMPLETNIE niejadalne, zaczęliśmy odnosić wiele kuchennych sukcesów. Teraz nawet nie zamawiamy jedzenia w restauracji, bo domowe jedzenie smakuje nam o wiele bardziej.
Mój mąż ma genialną pracę - formalnie - chodzi do niej jakieś 6 razy na 24 godziny w miesiącu. Nieformalnie - przychodzi po kilkunastu godzinach. Także, 24 dni jesteśmy razem. W jednym pokoju. Cały rok. Nie, nie znudziliśmy się sobą. Ani ja, ani on nie wyobrażamy sobie dłuższej rozłąki.
Udało mi się zdać bardzo dobrze sesję na uniwersytecie i będę starała się o stypendium. Kosztowało mnie to sporo poświęcenia i trochę nerwów. Nie chcę, by traktowali mnie ulgowo, ponieważ muszę nauczyć się języka.
Jest też jeden mały szczegół, o którym nie pisałam. Z racji tego, że nie mogę dostać pozwolenia na legalną pracę jeszcze przez dwa lata, zdecydowaliśmy się na dzidziusia. Jak pójdę do pracy, a mam zamiar pracować na uniwersytecie, nie będę miała czasu zajmować niemowlakiem "jak należy". A co do opiekowania się noworodkiem mam dosyć konserwatywne poglądy. Jeżeli jest taka możliwość, powinien być karmiony piersią i powinien czuć bliskość mamy. Nie jestem terrorystką laktacyjną, bo różnie w życiu bywa, ale uważam, że jeśli człowiek decydouje się na dziecko, powinien przedstawiać swoje potrzeby nad potrzeby malucha. Ale pamiętając zarazem, że szczęśliwa mama, to najczęściej szczęśliwe dziecko. Oczywiście, z mężem będziemy się starać zapewnić naszej latorośli wszystko, co najlepsze w granicach naszych możliwości. Zawsze chciałam mieć dzieci, tak samo jak F. (teraz wyobraź sobie, Drogi Czytelniku, miny i komentarze otoczenia: "Boże, dzieci robią dzieci". Bezcenne). Nie wyobrażam sobie też dzieci po trzydziestce, mimo że właśnie wtedy wiele kobiet się na nie decyduje. Ale ja nie chcę marnować tych wolnych od pracy lat. Ciążę jednak przeżylam (i jeszcze trochę przechodzę) bardzo ciężko ze względu na różne problemy zdrowotne (ale o tym napiszę kiedyś osobną notatkę).
Także, kto by się spodziewał, Drogi Czytelniku? Moje życie się poukładało. Najpierw studia (w Turcji magistra z mojego przedmiotu robią głównie osoby, które chcą pozostać na uczelni), potem małżeństwo, a następnie dziecko. Co rano budzę się z myślą, że do tej pory mi się udaje. Jestem taka za wszystko wdzięczna.