wtorek, 18 lipca 2017

Życie na obczyźnie - pozytywne aspekty

Witaj, Drogi Czytelniku!
Rok temu wyjechałam do Turcji. I do tej pory to najlepsza decyzja, jaką podjęłam. Kocham Polskę, ale nigdy w życiu nie osiągnęłabym w tak krótkim czasie tyle, co osiągnęłam w Turcji. Nie wspominając o tym, że władam biegle językiem, który był i jest przedmiotem moich studiów. Z moim mężem nie ma praktycznie żadnych problemów (oprócz znaczenia terenu skarpetkami, ale to chyba cecha wbudowana w DNA samców). Wszyscy się dziwią, jak takie małżeństwo jest w stanie przetrwać bez burz i zgrzytów. Przecież jesteśmy jeszcze dziećmi! A co z granicami kulturowymi?! No cóż, nie wymyślamy sobie powodów do kłótni i jesteśmy dosyć zgrani. Jesteśmy sami dla siebie, trochę odcięci od świata. Co prawda, mam kontakt ze swoimi znajomymi w Polsce, ale raczej ograniczamy się do facebookowych rozmów. Dobrze nam się żyje.
Co nie znaczy, że nie tęsknię za Polską. Po pół roku od przyjazdu do Turcji mialam ogromny kryzys potęgowany hormonami. Prawie płakałam z tęsknoty za pierogami, śledziami, szynką... Za nic nie mogłam przyzwyczaić się do tureckiego jedzenia (i nie mogę do dzisiaj). Poszliśmy na kompromis. Gotujemy raz polskie, raz tureckie dania. A czasami udaje nam się połączyć te dwie kuchnie, tak, żeby obie strony były zadowolone. Ja dodaję moje tymianki, majeranki, rozmaryny, kminki, zioła angielskie i liście laurowe, a mój mąż przygotowuje swoje genialne mięso. Oba żołądki są pełne i zadowolone. Co prawda, śledzi w Turcji nie uświadczę, ale pierogi nauczyłam robić się sama i F. jest w nich zakochany. Po kilku porażkach, jak na przykład niedopieczone racuchy (tłumaczyłam się tym, że my w Polsce jemy czasem surowe ciasto) czy spalonym na węgiel Türlü (według F. w Turcji lubią mocno "przypieczone" potrawy), które były KOMPLETNIE niejadalne, zaczęliśmy odnosić wiele kuchennych sukcesów. Teraz nawet nie zamawiamy jedzenia w restauracji, bo domowe jedzenie smakuje nam o wiele bardziej.
Mój mąż ma genialną pracę - formalnie - chodzi do niej jakieś 6 razy na 24 godziny w miesiącu. Nieformalnie - przychodzi po kilkunastu godzinach. Także, 24 dni jesteśmy razem. W jednym pokoju. Cały rok. Nie, nie znudziliśmy się sobą. Ani ja, ani on nie wyobrażamy sobie dłuższej rozłąki.
Udało mi się zdać bardzo dobrze sesję na uniwersytecie i będę starała się o stypendium. Kosztowało mnie to sporo poświęcenia i trochę nerwów. Nie chcę, by traktowali mnie ulgowo, ponieważ muszę nauczyć się języka.
Jest też jeden mały szczegół, o którym nie pisałam. Z racji tego, że nie mogę dostać pozwolenia na legalną pracę jeszcze przez dwa lata, zdecydowaliśmy się na dzidziusia. Jak pójdę do pracy, a mam zamiar pracować na uniwersytecie, nie będę miała czasu zajmować niemowlakiem "jak należy". A co do opiekowania się noworodkiem mam dosyć konserwatywne poglądy. Jeżeli jest taka możliwość, powinien być karmiony piersią i powinien czuć bliskość mamy. Nie jestem terrorystką laktacyjną, bo różnie w życiu bywa, ale uważam, że jeśli człowiek decydouje się na dziecko, powinien przedstawiać swoje potrzeby nad potrzeby malucha. Ale pamiętając zarazem, że szczęśliwa mama, to najczęściej szczęśliwe dziecko. Oczywiście, z mężem będziemy się starać zapewnić naszej latorośli wszystko, co najlepsze w granicach naszych możliwości. Zawsze chciałam mieć dzieci, tak samo jak F. (teraz wyobraź sobie, Drogi Czytelniku, miny i komentarze otoczenia: "Boże, dzieci robią dzieci". Bezcenne). Nie wyobrażam sobie też dzieci po trzydziestce, mimo że właśnie wtedy wiele kobiet się na nie decyduje. Ale ja nie chcę marnować tych wolnych od pracy lat. Ciążę jednak przeżylam (i jeszcze trochę przechodzę) bardzo ciężko ze względu na różne problemy zdrowotne (ale o tym napiszę kiedyś osobną notatkę).
Także, kto by się spodziewał, Drogi Czytelniku? Moje życie się poukładało. Najpierw studia (w Turcji magistra z mojego przedmiotu robią głównie osoby, które chcą pozostać na uczelni), potem małżeństwo, a następnie dziecko. Co rano budzę się z myślą, że do tej pory mi się udaje. Jestem taka za wszystko wdzięczna.






2 komentarze:

  1. A Ty studiujesz filologię turecka czy jakąś lingwistyke z tureckim? :) gratuluje roku z Ukochanym :) wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy ślubu :)
    Nie uważam że za wcześnie planujesz dzieci, najlepiej właśnie po 20 roku życia z punktu biologicznego. Sama planuje dziecko po ślubie, będę mieć wtedy 27 lat, ale każdy podejmuję decyzję w swoim tempie. Co do wychowania to mam tradycyjne poglądy i bede siedzieć w domu z maluszkiem, trudno życie zawodowe nie jest najważniejsze.
    Fajnie że czasami piszesz, życzę powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! :) Owszem, poza tym szybko się wraca do formy, metabolizm kobiety dwudziestoetniej jest troszkę lepszy niż takiej po trzydziestce. Jestem w czterdziestym tygodniu ciąży, a przytyłam 7 kilo. A wcale sobie jedzenia nie żałuję. Poza tym, zarówno rodzina polska jak i turecka bardzo nam pomagają. Nie moglibyśmy liczyć na finansowe wsparcie, gdybyśmy postarali się o dziecko później, ponieważ wszyscy będą wtedy na emeryturze.
      Licencjat zrobiłam z filologii (język + literatura), w tym momencie, mimo że moje studia uchodzą za filologię w Turcji, są typowo lingwistyczne (nie mam już specjalizacji z literatury). Na studiach badam kilka języków: uzbecki, kirgiski, turkmeński, azerski, gagauski i turecki. Najczęściej robię badania porównawcze. Ale uczę się również historii tych języków i tak dalej. Nie są to proste studia, naprawdę...
      Ja uważam, że moje studia pozwalają mi na karierę zawodową trochę później. Chcę wszystko zrobić raz a pożądnie. Wychować dzieci, w międzyczasie (jeśli będzie taka możliwość) robić badania w domu, wydawać publikacje. Niekoniecznie muszę siedzieć na uczelni, żeby zrealizować swoje plany.
      Ja Tobie również życzę powodzenia i przesyłam całusy :)

      Usuń