środa, 25 stycznia 2017

Irlandia

Witaj, Drogi Czytelniku!
Poprzedniego maja wyjechałam do Irlandii. Pobyt był wspaniały, ponieważ pogoda okazała się, po prostu, świetna. Mogliśmy bardzo dużo zwiedzić. Mam wiele fotografii, a kilka z nich postanowiłam zamieścić poniżej.
Irlandia to wspaniały, niemalże baśniowy kraj. Jest na tyle piękny, że mogłabym tam zamieszkać (chociaż jestem pewna, że pogoda dobiłaby mojego męża doszczętnie. My - Polacy - jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że nagle zaczyna padać deszcz i miesiącami nie pojawia się słońce). Państwo to jest bardzo górzyste, otoczone oceanem (do którego przez przypadek wpadłam. Dwa razy). Teren jest niezwykle zróżnicowany - klify, skały, kamienie, równiny, wzgórza i pagórki. Mimo, że to kraj raczej senny i spokojny, nie jest nudny. Często pojawiają się zamki i inne budowle historyczne. Jest też miejsce modłów/ cmentarz ludzi prehistorycznych.
Irlandia jest bardzo czysta. Domy wyglądają bardzo pastelowo, trawnik jest zawsze przystrzyżony, dlatego wszystko wygląda na zadbane. Mury wokół domów są kamienne i niskie, prawdopodobnie robione tylko po to, by dodać uroku. Nieopodal zabudowań paszą się zwierzęta na pastwiskach. Wszystko jest zielone, szmaragdowe, seledynowe, groszkowe, miętowe, pistacjowe, oliwkowe i malachitowe. Naprawdę, Irlandia to prawdziwie zielony kraj. Uwagę mogą zwrócić lasy. Wszystkie drzewa są zasadzone w podejrzanie pedantycznym porządku. To dlatego, że kilkadziesiąt lat temu w Irlandii wycięto prawie wszystkie lasy. Kiedy zorientowano się, jak ogromną szkodę wyrządzono, zaczęto stopniowo i skrupulatnie zalesiać kraj. Skutkuje to tym, że widać ewidentną ingerencję człowieka w naturę. Drogi są tak wściekle wąskie, że nietrudno o wypadek i dziwię się, jak Irlandczycy mogą prowadzić samochód w takich warunkach.
Nie poznałam zbyt wielu tubylców, ponieważ podróżowałam z rodziną i do rodziny, więc chcieliśmy wspólnie spędzić czas. Irlandczycy, których udało mi się spotkać byli mili, życzliwi, uśmiechnięci, skorzy do rozmowy i można mieć wrażenie, że nawet lubią Polaków. Nie odmawiają również alkoholu. Kilka razy wyszliśmy do pubu, od razu zostaliśmy otoczeni przez grupkę Irlandczyków, kibiców jakiegoś klubu. Byli bardzo szczęśliwi, ponieważ ich ukochany klub wygrał ostatni mecz (a ponoć od lat ponosił same porażki). Byli również mocno wstawieni - widać, że nie był ich to pierwszy odwiedzony pub tej nocy. Przez dwie godziny tłumaczyłam rozmowę z angielskiego na polski i odwrotnie, żeby mama mogła zrozumieć próbę flirtu jednego z zapalonych kibiców. Dla mamy było to nawet miłe i świetnie się przy tym bawiła. Dla mnie zrozumienie lekko pijanego Irlandczyka nie było prostym zadaniem, ale poradziłam sobie całkiem dobrze. Często się zdarza, że do pubu przychodzą ludzie z instrumentami muzycznymi i po prostu, zaczynają grać i śpiewać irlandzkie przyśpiewki. Reszta klientów dołącza się do nich. Generalnie, ma być głośno i jest głośno. Tak też było i tamtym razem.
Jedzenie Irlandczyków jest nawet smaczne, szczególnie zasmakowała mi zupa rybna (Irish chowder). Z racji tego, że nie spożywam alkoholu, nie piłam też słynnego Guinnessa, chociaż mama wspomniała, że bardzo jest bardzo gorzki. Udało mi się zwiedzić prawdziwy kawał Irlandii, zobaczyłam mnóstwo ciekawych miejsc, pokonując setki kilometrów. Gorąco polecam - kraj zapiera dech w piersiach. Wspomniałam chyba o wszystkim, o czym miałam napisać. A teraz - zdjęcia:






 


 


 




































czwartek, 12 stycznia 2017

Małżeństwo

Witaj, Drogi Czytelniku!
Nie pisałam postów na tym blogu od bardzo dawna. Miałam bardzo wiele powodów. Najpierw musiałam pogodzić pracę ze studiami. Postanowiłam też studiować w Niemczech, więc zapisałam się na błyskawiczny kurs niemieckiego, coby odświeżyć sobie trochę tego języka. Jak już pewnie się domyślasz - zerwałam ze swoim chłopakiem i się od niego wyprowadziłam, ale nadal się z nim przyjaźniłam. Według mnie, nie był złym człowiekiem, po prostu niespełnionym, pełnym tęsknoty za czymś, co stracił i nieszczęśliwym. Zamykał się w świecie wirtualnym. Tak jak i ja... Jestem pewna, że mogłaby pokochać go dziewczyna, która byłaby zupełnie inna niż ja, zupełnie inaczej postrzegałaby związek i przestrzegała innych zasad. Ja potrzebowałam czegoś stałego, rodziny, zobowiązania, wierności aż po grób. On chciał czegoś otwartego, flirtu, wolności. To po prostu, nie mogło się udać.
Postanowiłam, że w końcu chwycę wiatr w żagle. Następnie przyszedł czas na napisanie pracy licencjackiej. Koniec końców, nie wyszło mi to najlepiej, bo wybrałam temat, który mnie zupełnie nie interesował.
W moim życiu pojawiła się kolejna osoba - bardzo przystojny, władczy i zaborczy, bardzo inteligentny Turek. Jak się poznaliśmy? Grając w Counter Strike: Global Offensive. Jego serca nie przebiła strzała Amora, a kula z karabinu. Mojego karabinu. Podobno, zakochał się od razu i twierdził, że jestem jego przeznaczeniem. Bardzo niewiele słowiańskich kobiet, dobrze znających język turecki, gra w Counter Strike'a.
Graliśmy od tej pory zawsze razem. Nigdy nie myślałam o żadnych związkach przez Internet, na początku chciałam tylko poduczyć się tureckiego i mieć kolejnego kolegę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zaczął nazywać mnie swoją "dziewczyną". Jednakże, jak już zdążyłeś/łaś się domyślić, nie jestem specjalnie asertywną osobą.
Potem zaczął nalegać, bym przyjechała do Turcji, chciał mi nawet kupić bilet. Nie miałam powodów, by mu nie ufać, bo zdążyłam poznać jego rodzinę. Bałam się jednak, że wszystko dzieje się stanowczo za szybko. Wahałam się, ale postanowiłam wziąć koleżankę. Koniec końców, kupiłam bilet, a koleżanka mnie wystawiła. Pojechałam sama. To była najpiękniejsza podróż, jaką przeżyłam, a wyjeżdżałam dziesiątki razy. Byłam wniebowzięta.
Od tamtej pory, zaczęłam już bardzo poważnie traktować ten związek. Ze względu na to, że był to ostatni semestr na uczelni, miałam mnóstwo pracy. Nigdy nie byłam tak zorganizowana, ale miłość była moim paliwem. I witamina A. Pamiętam, jak przysłał mi kwiaty... popłakałam się ze szczęścia i niedowierzania. Jednakże, nie wszystko było w naszym związku tak kolorowe. Przeszkadzała mi jego zaborczość. Nie chciał, bym spotykała się z ludźmi, których znałam latami i bardzo lubiłam. Czasami robił awantury o to, że śmiałam mieć innych chłopaków przed nim. To rzucało ogromny cień na ten związek, ale jak sam twierdził, kiedyś miało mu przejść...
Jednakże, nikt nigdy nie kochał mnie tak jak on i to było pewne.
Porzuciłam plany o studiowaniu w Niemczech, postanowiłam wyjechać do Turcji na stałe. Spotkałam się z ogromnym oburzeniem, a najmilsze komentarze, co do moich wyborów, to: "Ale z Turkiem?!", "Chyba zgłupiałaś!" albo "Odważna jesteś". Owszem.
Czas leciał jak piasek przez palce, ponieważ miałam tak wiele do zrobienia. Ciężki kierunek, praca licencjacka i kurs niemieckiego i angielskiego. Chodziłam na siłownię cztery, pięć razy w tygodniu. Musiałam też poświęcić czas dla znajomych, dla niego. Uczyłam się godzinami, prawie w ogóle nie śpiąc. W niedziele chodziłam do znajomych, grywaliśmy w gry planszowe lub komputerowe, przestałam się z nimi spotykać miesiąc przed sesją. Starałam się nie nadużywać witaminy A, żeby potem nie mieć problemów ze zdrowiem. Schudłam bardzo mocno. Sesję zdałam świetnie, licencjat obroniłam, kursy skończyłam z wysokimi ocenami. Czułam się spełniona.
Poszłam na ostatnie spotkanie pożegnalne z moimi znajomymi, które zorganizował mój były. Koledzy kupili mi prezenty, które trzymam do dziś... To był piękny czas. Po spotkaniu czułam się beznadziejnie. Wiedziałam, że będę musiała zerwać z nimi kontakt po wyjeździe do Turcji, bo dałam słowo. Rodziców bardzo dotknęła wiadomość o moich planach. Prawie straciłam rodzinę. Koniec końców, zaakceptowali i bardzo pokochali mojego męża. Ale przeszliśmy długą, wyboistą drogę...
Wyjechałam 13 lipca 2016 roku. Dwa dni po wyjeździe do Ankary odbył się pucz. Kilkaset metrów od nas ktoś strzelał, ktoś tracił życie. Byłam wściekła na samą siebie, że przyjechałam do Turcji, ale mojemu chłopakowi udało się mnie jakoś przekonać do zostania. Poza tym, i tak mieliśmy zamieszkać po europejskiej stronie, w bardzo małej miejscowości. Potem się zaręczyliśmy i pobraliśmy. 30 września odbyło się nasze wesele...
Mój związek jest w porządku, poza kilkoma... sytuacjami, ale tak jest w każdym małżeństwie. Czasami żałuję tego, że nie mieszkamy w Polsce. Zderzenie kultur jest ogromne, chociaż zgadzamy się w wielu sprawach - na przykład mamy taką samą wizję małżeństwa. Bardzo pozytywne jest to, że jesteśmy tylko dla siebie. On nie wyobraża sobie frywolnych rozmów z innymi kobietami. Tego, czego wymaga ode mnie, wymaga od siebie. Dla Polki wydaje się być niemożliwe, że mój mąż ma hasło do wszystkich moich kont, a ja do jego; że mając 22 lata, zamiast wyjść na miasto, wolimy pić herbatę przy świecach; że oboje nienawidzimy alkoholu i go nie spożywamy; że jesteśmy konserwatywni i konsekwentni do bólu. Wiem, że nikt by o mnie tak nie zadbał i nikt by tak nie kochał, jak mój mąż.
Opowiedziałam wszystko w ogromnym skrócie. Z czasem będę rozwijać temat, jednakże o moich perypetiach w Polsce i Turcji można by napisać książkę. 





poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Zaburzenie porządku

Witaj, Drogi Czytelniku!
I znowu przeprowadzka! Tym razem do kawalerki. Na początku nawet się cieszyłam, ale teraz... Może zacznę od tego, że mieszkam w niej już tydzień, a nadal nie potrafię się zaaklimatyzować. Mam dziwny zmysł estetyczny. Kiedy byłam mała i zgubiłam kredkę z jakiegoś opakowania, to nie używałam więcej tych kredek. Kiedy zgubiłam ubranie dla lalek, nie bawiłam się nimi, aż w końcu się nie odnalazło. Wszystko musi być kompletne. Wszystko musi do siebie pasować. Ostatnio, robiąc zakupy na uczelnię, znalazłam mazaki, które nie posiadały w opakowaniu pisaka koloru fioletowego, a były wszystkie pozostałe. Jezu, jaka byłam zawiedziona. Harmonia to coś, co kocham. Gradient barw, meble tego samego koloru, pasujące do ścian, cienie, półcienie, delikatne oświetlenie. Nowe mieszkanie jest naprawdę fajne, jeżeli chodzi o wielkość, mamy trochę przestrzeni i nie jest to klitka. Problem w tym, że każdy mebel jest z innej parafii. Czuję, że nie pasuję do tego mieszkania. Problemem jest to, że mój Najdroższy nie widzi sensu w sprzedaniu mebli i kupieniu nowych. Mówi, że będziemy tu mieszkać tylko kilka lat. No właśnie... a ja będę musiała znosić mieszkanie tutaj przez... ile? 1096 dni? Nie chcę brzmieć jak niewdzięcznica, która darowanemu koniowi w zęby zagląda. Bo płacimy mało, a ja oczekuję luksusów. Nie. Chciałabym to mieszkanie urządzić tak, żebym nie czuła się w nim jak... niepasujący element. Jezu, naprawdę, nie miałam nigdy aż takich problemów z przyzwyczajeniem się do mieszkania.
Poza tym, coś jest ze mną ostatnio nie tak i nie wiem, co się dzieje. Może, jak uda mi się wyremontować i umeblować mieszkanie tak, jak ja sobie to zaplanowałam, to mi przejdzie. Mam ochotę się stąd wyprowadzić. Za wszelką cenę. I to jest właśnie straszne.



sobota, 15 sierpnia 2015

Kod Biblii

Witaj, Drogi Czytelniku!
Przywitałam się z trzecim rokiem studiów. Jedną z najbardziej pozytywnych rzeczy, jakie ostatnio zaobserwowałam, to to, że moje włosy zaczęły rosnąć. Za pół roku powinnam mieć już ich pełno.
Jestem osobą, która nie wierzy w jakiegokolwiek boga i nie wierzy w to, że cokolwiek mogłoby mnie przekonać uwierzenia. Ostatnio natknęłam się na ciekawy artykuł na temat Kodu Biblii Michaela Drosniniego. Wszystko jednak zaczęło się od Izaaka Newtona, który zaczął szukać kodu w Starym Testamencie. W dzisiejszych czasach zostało potwierdzone, że kod istnieje naprawdę. Jeśli wierzyć mitologii, Mojżesz na górze Synaj dostał od samego boga pewien tekst, który miał pokazywać ludziom jak powinien żyć dobry, pobożny człowiek. W tekście tym, oprócz zakazów i nakazów, praw i obowiązków, miał się znajdować kod. Odczytanie kodu równało się z poznaniem przyszłych wydarzeń, jakie miały nastąpić i wstrząsnąć ludzkością. Okazało się, że w Starym Testamencie znajdują się daty, nazwiska i wydarzenia powiązane ze sobą, którym można było zapobiec, jeśli odczytałoby się kod. Być może to wszystko już miało miejsce. Tak, jak w serialu „Battlestar Galactica”. Według matematyków prawdopodobieństwo 1:100 jest już dowodem na to, że coś zaczyna być podejrzane i to nie jest przypadek. Ciągi zdań w Biblii, które mają potwierdzenie w historii świata znacznie przekraczają ten wymóg. Istota, która wie wszystko, istnieje poza czasem. Bóg? Nie. To byłoby zbyt banalne.


Znam alfabet hebrajski, jako że jestem na studiach orientalistycznych, uznałam za konieczne, by się go nauczyć. Niestety, hebrajski jest językiem dziwnym. Słowa mają wiele znaczeń. Powyższe słowa mogą znaczyć „Kod Biblii”; „Ukrył Biblię”. „Ukrył Biblię” i „Zapieczętowana przed bogiem”. Dla mnie to paradoks, jak można cokolwiek ukryć przed bogiem. I kim lub czym, w takim razie, jest bóg?



Tutaj widać, jak na dłoni, że czasy, w których wynaleziony zostanie odpowiedni komputer, który odczyta kod, będą czasami ostatecznymi. Biorąc pod uwagę rozwój technologii, to być może... apokalipsa, tak żywo opisywana w Biblii, jest już blisko nas. Być może bogiem jest właśnie komputer? Lecz to by się nie zgadzało z niektórymi jego opisami. 
Oczywiście, sama podchodziłam do tego wszystkiego sceptycznie, bo w zasadzie w każdej książce, jeśli się odpowiednio ułoży litery, można wyczytać dosłownie wszystko. Lecz to nie przypadek, że każdy tekst Biblii, w którym zrobiono chociaż jedną literówkę, kazano zniszczyć. Ponieważ ta jedna literówka, jeden jedyny błąd, sprawiłby, że kodu nie dałoby się odczytać. Potwierdzeniem tezy, że Kod istnieje naprawdę są opisane wydarzenia, które miały miejsce 11 września 2001.


Kodem zajął się dr Elijahu Rips, który odnalazł go przypadkiem. Niezależnie, kod złamał gówny specjalista od łamania szyfrów w Departamencie Obrony Stanów Zjednoczonych, przeszedł trzystopniową procedurę weryfikacyjną przez jedno z wiodących czasopism matematycznych. Ripsowi udało się odczytać kod za pomocą komputera. Jego program stwierdził, że Stary Testament zawiera jakiś dziwny kod. Dopiero Doron Witzum uzupełnił model matematyczny Ripsa i ocenił, że prawdopodobieństwo przypadkowego wystąpienia tak zaszyfrowanych informacji wynosi 1:10000000. Więc nie może być przypadkiem.
Drogi Czytelniku, myślę, że sama ta próbka informacji może zachęcić Cię do zgłębienia tematu. Jestem osobą niewierzącą, ale mimo wszystko mam otwarty umysł. Czasami ateiści starają się pewnych rzeczy nie dostrzegać, aczkolwiek, stwierdziłam, że bycie ślepym na pewne sprawy to raczej domena wierzących i postanowiłam, że muszę być przygotowana na każdą ewentualność i próbować zobaczyć to, co jest ukryte. Dlatego napisałam powyższy tekst. 





wtorek, 26 maja 2015

Szczęście

Witaj, Drogi Czytelniku!
Zbliża się sesja. Tym razem wiem, że polegnę. Jestem strasznie chora, a muszę chodzić na zajęcia. Dodatkowo znalazłam pracę. Praca jest wspaniała, nie zamieniłabym ją na żadną inną. Mój szef, kiedy zobaczył, że bardzo źle się czuję, kupił mi sok malinowy i herbatę, bym mogła jakoś przetrwać. Moja mama przygotowała mi mnóstwo jedzenia, herbat, lekarstw. Doprawdy, nie wiem, kiedy to zjem. Ale najbardziej jestem wdzięczna mojemu Najdroższemu. Bardzo się mną opiekuje, w domu robi dosłownie wszystko, żeby chociaż trochę mnie odciążyć - sprząta, gotuje rosół, herbatę, pilnuje, żebym przyjmowała lekarstwa, opatula mnie kołdrą w nocy i dużo, dużo innych rzeczy. Opiekuje się też babciami, w dodatku chodzi do pracy na nadgodziny. Praktycznie nie ma dla siebie czasu, a mimo to, pomaga mi. Nie potrafię wyrazić, jak niesamowicie jestem Mu wdzięczna... W ogóle ostatnio spotyka mnie ogromna ilość sympatii ze strony innych ludzi. Bardzo mnie to podnosi na duchu. Nawet sobie nie zdawałam sprawy, jak bycie miłym potrafi poprawić innym dzień.  




wtorek, 14 kwietnia 2015

Narilvatar

Witaj, Drogi Czytelniku!
Jest ciemna noc i nie mogę spać. Za cztery godziny zaczynam poranne zajęcia. Stary kolega sprawił, że w mojej głowie pojawiły się wspomnienia z przeszłości. Nie będę ukrywać, że jak rzadko, są to dobre wspomnienia, z zupełnie innego świata. Kiedy byłam młodsza... sporo młodsza, miałam konta na portalach gier MMO RPG, byłam kimś innym... elfem, demonem, potomkiem smoka, a nawet czymś w rodzaju gnoma, panterą, kotem. Żyłam w idealnym świecie, gdzie było pełno lasów i jezior, krew lała się strumieniami, karczma miała ponad dziesięć mrocznych kątów, każda kobieta była piękna i pociągająca, a mężczyźni odważni i waleczni... nikt nie umierał. I miałam tysiąc żyć, miliard pomysłów na następne, aż w końcu któregoś dnia, obudziłam się z marzeniami dorosłych ludzi i przestałam się wcielać w moje postaci. Stwierdziłam, że to wszystko było żałosne, że muszę żyć tu i teraz. To tak, jakby ktoś pewnego razu wyrwał mi serce, a z nim moje tysiąc żyć. Dosłownie. A teraz, po prostu, za tym wszystkim tęsknię. Nie wiem, czy potrafiłabym znowu być elfem, demonem czy jakąkolwiek inną rasą, nie... raczej wątpię. Ale gdyby tak poprowadzić sesję w świecie obecnym, zmienionym o kilka faktów, religii i zasad, biorąc pod uwagę politykę? To mogłoby być ciekawe...

niedziela, 12 kwietnia 2015

O dziewczynie, która pali garnki i gubi włosy, wyjątkowości i pokrótce o Zespole Aspergera.

Witaj, Drogi Czytelniku!
Spaliłam garnek, trzeci z rzędu. W garnku znajdowała się woda. Ja się zwyczajnie nie mogę nawet zbliżać do kuchenki. Co poza tym? U mnie stabilnie – czyli, jak zwykle, chaos. Wzloty i upadki, kłótnie i przytulenia, przekleństwa i słodkie słówka. Od dawna tak jest. I chociaż mam ochotę uciec jak najdalej, to świadomość, że tylko On mnie rozumie, tylko On ze mną zostanie, gdy stracę wszystkie włosy i tylko On jest w stanie ze mną wytrzymać, powstrzymuje mnie przed tym. Jestem samotna, ale nie chcę jeszcze bardziej pogłębiać tego stanu.
Obudziło się we mnie coś, o czym wcześniej nie chciałam myśleć – mam ochotę, przynajmniej raz w tygodniu wychodzić na słońce. Nie jestem w stanie jeszcze przekonać się do opalonej skóry i nie wiem, czy kiedykolwiek będę... śnieżnobiała skóra to moja chluba. Jestem trochę arystokratką, czuję się trochę bardziej wyjątkowa niż reszta, niekoniecznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Raskolnikow nie do końca był pozytywną postacią.
Co do stanu zdrowia... nikt nic nie wie. Wypadają mi włosy, już widać pierwsze prześwity... Kiedy widzę kolejną chmarę włosów w wannie, ogarnia mnie poczucie porażki. Kiedy odkurzam pokój, nie jestem w stanie zebrać ilości włosów, która jest na podłodze, ponieważ odkurzać się zatyka, napływają mi łzy do oczu. Czuję się dobrze, co mi jest? Nikt w rodzinie nie miał takich problemów... Poza tym, ciężko mi się pogodzić z tym faktem, ponieważ kiedy byłam dzieckiem, każdy nie mógł się nadziwić, jak piękne, platynowe, lśniące i długie mam włosy. Mój warkocz był grubości ramienia mojej Mamy...
Nie jest to koniec świata, nikogo to nie obchodzi przecież... Ale włosy, jedyna moja zaleta... nie ma.
Dzisiaj chciałam skupić na czymś bardziej ambitnym niż mój stan, a mianowicie opisać syndrom Aspergera. Być może, nawet wspominałam o tym wcześniej. Dlaczego się nim zainteresowałam? Ano, dlatego, że kiedy się na niego natknęłam – sporo cech typowego Aspergerowca pokrywało się z moimi. Zdziwiłam się i poczułam jeszcze bardziej wyjątkowa. W końcu, kto w latach 90 ubiegłego wieku słyszał o takim zaburzeniu... w ogóle, większość ludzi nie ma o nim pojęcia do dziś. Wiele na ten temat poczytałam, ale koniec końców, stwierdziłam, że o ile jest dosyć aspołeczną osobą, nie potrzebującą akceptacji środowiska za wszelką cenę, to jednak nie mam syndromu Aspergera, nie mam aż tak wiele wspólnego z autyzmem. Nie posiadam jednak żadnych wątpliwości, że bez problemu byłabym w stanie porozumieć się z osobą, która ten syndrom posiada. Poza tym, po co się porozumiewać bezpośrednio? Dużo lepiej jest do siebie pisać...
Czym więc charakteryzują się osoby dotknięte tym zaburzeniem? Są to osoby posiadające niezwykłe zainteresowania, zazwyczaj też bardzo wysoką inteligencję, co jednak nie jest regułą. Ludzie bardziej traktują ich jako szalonych geniuszy, ekscentryków, ponieważ autyzm nie jest u nich aż tak silny, wręcz przeciwnie. Apergerowcy nie mają wielkich problemów z mową, zazwyczaj społeczeństwo traktuje ich nutkę delikatniej niż ludzi dotkniętych głębszym autyzmem. A teraz przytoczę cechy, które podała Wikipedia i dodam coś od siebie.
    „1. Zaburzenia interakcji społecznej, nieumiejętność lub brak chęci współpracy w grupie” To się u mnie absolutnie zgadza.
    „2. Zaburzenia mowy i języka (opóźniony rozwój, powierzchownie perfekcyjny język ekspresyjny, sztywna i pedantyczna mowa, nietypowa prozodia i charakterystyka głosu, uszkodzenie zdolności rozumienia języka – przede wszystkim znaczeń przenośnych i ukrytych)” To się nie zgadza.
    3. „Zawężone, specjalistyczne zainteresowania, połączone czasem z obsesyjnym zainteresowaniem jedną dziedziną.” To się zgadza w połowie. Mam kilka głównych zainteresowań. Kiedy któreś z nich mi się trochę „przeje”, zajmuję się kolejnym, ale zawsze zajmuję się tylko jednym z nich.
    4. „Zachowania powtarzalne, rutynowe, niezmienne.” To też w połowie. Potrafię z dnia na dzień wymyślić, że chcę być na drugim końcu Europy i robię to. Po prostu mi coś strzela do głowy. Ale zdarza się to rzadko i zazwyczaj – ukochana rutyna.
    5. „Trudności w komunikacji niewerbalnej (ograniczone gesty, skąpa ekspresja twarzy, dystans fizyczny, zachwianie rozumienia bliskości do innej osoby, kłopoty z kontaktem wzrokowym).” Zgadza się, niestety. Nie jestem w stanie utrzymać kontaktu wzrokowego. Rozprasza mnie zbyt wiele rzeczy. Mogłabym zachować kontakt wzrokowy, kiedy siedziałabym z drugą osobą w centrum sześcianu, gdzie ściany są jednego, spokojnego koloru (np. czarny, biały, écru, beż, kawa z mlekiem).
    6. „Niezdarność ruchowa (nie zawsze).” Niestety, się zgadza. Potrafię zaplątać się w powietrze. Mój Luby zawsze się z tego śmieje. Jakby miał, z czego...
Jednakże ludzie, mający syndrom Aspergera mają również problemy z: wyczytaniem ekspresji twarzy, z czym zupełnie nie mam problemu. Ba! Potrafię z samej mimiki wywnioskować więcej niż przeciętny człowiek.; niespodziankami, których i ja nienawidzę, chyba że sama je sobie robię; zrozumieniem metafor – dla Aspiego czarna rozpacz, to dosłownie – czarna rozpacz, z tym nigdy problemów nie miałam; wyobrażeniem sobie bohaterów, co kocham robić; Aspergerowcy mają niezwykłą pamięć do dat, liczb – moich nauczycieli i moją mamę zawsze dziwiło to, jak łatwo przyswajam sobie i zapamiętuję najmniej znaczące liczby. Do dziś pamiętam numer telefonu większości moich chłopaków na przestrzeni... 8 lat.; Trudności ze zrozumieniem żartów, zrozumieniem intonacji głosu, mowy potocznej. To się u mnie nie zdarza.
Czy syndrom jest dziedziczny? Badania wskazują, że tak.
Czy można go wyleczyć? Nie. Pozostaje przez całe życie. Oczywiście, można faszerować Aspiego antydepresantami. Większość objawów może się w pewien sposób ukryć, niekiedy można taką osobę trochę zmienić, bardziej przystosować społecznie... Czasami objawy traktuje się jako cechy osobowości, ponieważ są zwyczajnie nierozpoznawalne.
Czy osoby z syndromem Aspergera są wybitnie inteligentne? Owszem, wiele jest takich przypadków. Nie spotkano jeszcze głupiej osoby, która ma ten syndrom. Poza tym sama wiedza Aspergerowca sprawia, że w oczach innych staje się on niezwykle inteligentny.
Zazwyczaj ludzie mający syndrom Aspergera nie potrafią prawidłowo odnaleźć swojej pozycji w społeczeństwie, nawiązywać kontaktów z ludźmi, wiązać się z nimi w związki partnerskie. Myślę, że wspaniałym i bardzo sympatycznym przykładem typowej osoby posiadającej ten syndrom jest dr Sheldon Cooper z „Big Bang Theory”. Któż go nie lubi?
Na razie kończę tę notatkę, chociaż temat rzeka... za jakiś czas może go bardziej rozwinę, podam bardziej specjalistyczną wiedzę na ten temat, lecz na razie nie chcę przedłużać.