piątek, 21 lipca 2017

...i negatywne.

Witaj, Drogi Czytelniku!
Dzisiaj trochę ponarzekamy. Życie w Turcji nie zawsze jest dla mnie proste, a czasami potrafi być naprawdę frustrujące. Tak jak wspomniałam wcześniej, nie ma dnia, żebym nie myślała o Polsce i swoim "dawnym życiu". Nie rozmawiam ze swoimi byłymi chłopakami, ponieważ dałam słowo. Niektórych znałam latami i zwyczajnie jestem ciekawa, co się u nich dzieje. F. również nie rozmawia ze swoimi eks, chociaż jemu przyszło to o wiele prościej, ponieważ wraz z końcem związku, kończył całą znajomość.
Na początku przeżywaliśmy wiele "kulturowych" problemów. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego w Turcji podczas 45 stopniowego upału kobiety ubierają grube jeansy, a czasami nawet płaszcze i owijają się hijabem z naprawdę grubego lub nieprzepuszczającego powietrza materiału. Ja czasami nie byłabym w stanie ubrać się w taki sposób późną jesienią w Polsce, a co dopiero w sam środek lata! Nawet w najbardziej turystycznych, "europejskich" miejscach ubiór kobiet jest o wiele bardziej skromniejszy. Do dzisiaj patrzę na to z podziwem i zgrozą, ponieważ nigdy nie miałam oporów z założeniem w lecie spódniczki mini czy głębokiego dekoltu. Ubiór w Turcji pozostaje do dziś dla mnie sprawą kontrowersyjną i niezrozumiałą ze względów praktycznych.
W Turcji nie przystoi publiczne malowanie ust pomadką. Co z tego, że pozwalają na to nawet reguły savoir-vivre. Nie i koniec. Jak ma się okropnie "zjedzoną" pomadkę, trzeba znaleźć najbliższą toaletę albo ustronne miejsce, co w Turcji nie zawsze jest ptoste.
Kolejną rzeczą, która niemiłosiernie mnie denerwuje jest cło. W Turcji jest kilka dobrych lokalnych i zagranicznych marek kosmetycznych. Niestety, kosmetyki zagraniczne są okropnie drogie, a lokalnym firmom nie zawsze ufam. Na początku pomyślałam, że nie będzie to problemem, przecież mogę zamówić kosmetyki z oryginalnej strony i po prostu mi je prześlą. No... nie. Dlaczego? Kosmetyki zostają zatrzymane i zniszczone na cle. Nie ważne, ile się wydało (czy jest to kilka lirów, czy setki). Jeszcze ani razu kosmetyki zakupione za gramicą nie zostały przepuszczone przez cło. Makijaż to moje hobby. Mimo że w ciąży maluję się o wiele lżej lub wcale, kosmetyki czasem się kończą lub tracą datę ważności. Czekanie całego roku na przyjazd do Polski i zrobienie zapasów będzie naprawdę frustrujące. Nawet żele i olejki dla dziecka nie przejdą przez cło.
Następną kwestią są... kobiety. Znam kilka Turczynek, które są jak anioły. Zazwyczaj są to osoby z rodziny F. Bardzo, bardzo dobre istoty. Znam też kilka dziewczyn, które po przyjeździe do Polski  i pokazaniu na co je stać, niechybnie zamknięto by w szpitalu psychiatrycznym. A dlaczego? Opowiem pewną anegdotkę. Podczas zaręczyn moich i F. miał przyjechać do nas jego najlepszy przyjaciel, którego F. znał od dziecka. Nie przyjechał. Dlaczego? Jego dziewczyna mu zabroniła. Powód: jej jakaś tam odległa koleżanka nie lubiła dziewczyny, która pomagała mi się przygotować podczas zaręczyn. Wybranka serca przyjaciela F.nawet nie znała tej dziewczyny... To bardzo dotknęło F. Powiedział mi, że wybaczył swojemu przyjacielowi to, że nie było go podczas jednego z najważniejszych dni w jego życiu, ale nigdy mu tego nie zapomni. Kolejna anegdotka: F. trzymał się z kilkoma chłopakami w liceum. Tworzyli zgraną paczkę i byli naprawdę blisko (nazwijmy ich E. i H.). Dziewczyny E. i H. pokłóciły się ze sobą, bo jedna z nich kupiła do swojego salonu bardzo podobną sofę. Poróżniły się do tego stopnia, że chłopaki, mimo iż znają się od dziecięcych lat, nie zaprosili jeden drugiego na swój ślub i wesele. Kiedy to usłyszałam, nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Czy znasz, Drogi Czytelniku, jakąś Polkę-wariatkę, która odstawia podobne rzeczy? Ja nie znam. Ale czuję się wspaniale, kiedy F. mówi do swoich znajomych - jedźcie do Polski, znajdźcie sobie dziewczynę Polkę, to nie będziecie przeżywać podobnych debilizmów i wasze życie stanie się o wiele spokojniejsze. Niektóre Turczynki, to nie są (jak w opinii powszechnej) uległe i słuchające się męża kobiety. Zwłaszcza jeżeli chodzi o meblowanie mieszkania. Mąż nie ma prawa wydać jakiejkolwiek opinii w tej kwestii. Dlatego często mieszkania przypominają pokoje pięciolatek - pastelowe, różowe. Niegustowne, niepraktyczne, ohydne. Byłabym wstanie zrozumieć, gdyby miał tak wyglądać pokoj dla małego dziecka, ale jak w takim domu może mieszkać facet i nie oszaleć?
Często mam wrażenie, że niektóre tureckie dziewczyny bardzo wykorzystują finansowo swoich chłopaków. Polce zrobiłoby się wstyd, ale dla Turczynki jest to zupełnie normalne. No bo przecież, czemu nie można poprosić swojego chłopaka o nowy samochód z okazji zaręczyn? (Samochody w Turcji mają niebotyczne ceny). Właśnie z tych powodów, bardzo uważam na to, z kim się zadaję i o czym rozmawiamy. Na szczęście, w moim miasteczku mieszka druga Polka. Naszym najukochańszym tematem rozmów jest narzekanie. Z nikim innym tak dobrze mi się nie narzeka, jak z nią. Przed poznaniem tej koleżanki były chwile, kiedy czuałam się bardzo samotna. Nie wszystko byłam wstanie powiedzieć F., czasami chciałam ponarzekać na niego, czasami nie pozwalała mi na to moja bariera językowa.
W poprzedniej notatce wspominałam o jedzeniu. Generalnie, turecka kuchnia, jeśli chodzi o restauracje, jest na bardzo wysokim poziomie. Jednak po jakimś czasie zaczyna przeszkadzać, że do potraw nie dodają przypraw typu: angielskie zioło, tymianek, rozmaryn. Kto tu słyszał o ziołach prowansalskich? Co to kurkuma? Curry też można znaleźć tylko w określonych punktach. W dodatku domowe jedzenie jest robione na jedno kopyto. Po kilku tygodniach mieszkania "na swoim" tutaj miałam już serdecznie dość. Na szczęście, przywiozłam w styczniu z Polski dwie ogromne reklamówki wszystkich możliwych przypraw, a znajoma pochodząca z Indii ma załatwić mi jeszcze takie specjalne indyjskie, o które ciężko nawet w Polsce. W dodatku, tureckie potrawy są albo za słodkie (jem dżemy dla diabetyków), alboe za tłuste (ponieważ Turczynce nic nie stoi na przeszkodzie dodać 250g masła do sosu pomidorowego). Potem każdy jest zdziwiony, że krewni nagle zaczynają umierać na udary, zawały spowodowane jedzeniem, spotęgowane gorącem.
Moja ciąża przebiegała bardzo skomplikowanie. Każdego ranka budziłam się przerażona z myślą, czy moje dziecko jeszcze żyje. Kiedy nie odczuwałam ruchów przez około trzy godziny, zaczynałam na serio panikować. Przez 5 miesięcy 90% czasu musiałam spędzić leżąc plackiem w łożku albo w szpitalu. Wychodziłam tylko na uczelnię i to bardzo rzadko. Gdybym nie była tak ambitną osobą, mogłabym zapomnieć o studiach. Okazało się, że mam poważnego wirusa nerek i może to spowodować problemy z dzieckiem, a nawet jego śmierć. W Turcji nie chciano przepisać mi żadnych leków, mimo że jedna z nerek była już mocno niewydolna i gdyby nie przyjazd do Polski, to pewnie już nie miałabym nerki. Dodatkowo, przeżywałam coś, co nazywa się mądrze hyperemesis gravudarum, czyli niepowściągliwe wymioty ciężarnych. Niektóre kobiety wymiotują tylko ranem, ja wymiotowałam po każdym posiłku. Nawet nie musiałam nic jeść. Do takiego stopnia, że czasami nie spożywałam nic przez 2, 3 dni (nawet suchego chleba) i mimo, że nie miałam już czym wymiotować, wymiotowałam pustym żołądkiem. Byłam makabrycznie odwodniona, ledwo żywa. Przez pierwsze tygodnie ciąży schudłam 10 kilogramów, które potem było mi ciężko nadrobić. Budziłam się nawet w nocy i wymiotowałam. Leżenie przez tak długi czas nie było dla mnie sprawą prostą. Ktoś musiał ogarnąć dom, ugotować... F. chodził głodny tygodniami, ale nie chciał mnie zmuszać do gotowania. Kolejnym przykrym aspektem ciąży była wrażliwość na zapachy, która nie pozwoliła mi się nawet zbliżyć do kuchni, a gdy widziałam gdzieś mięso, to... miałam szczęście, jak była w pobliżu toaleta. Do dziś robi mi sie niedobrze, kiedy używam chemicznych środków czystości (które w większości zamieniłam na bio). Niestety, nie potrafię wymienić ani jednej pozytywnej strony ciąży. Dla mnie to jeden wielki koszmar, rozczarowanie, tortura i wieczny strach nad utratą dziecka. Rozumiem, że nie wszystkie kobiety przechodzą ciążę tak, jak ja i pewnie niektóre teraz myślą, że wymyślam... ale nie wymyślam. Ciąża to dla mnie 9 miesięcy nieustannej męczarni. Gdyby F. mnie nie wspierał, nawet nie wiem, jak mogłoby się to skończyć...
Pomimo tych wszystkich problemów, które przeżywałam lub przeżywam, czuję, że odnalazłam swoje "miejsce na Ziemi" i nie wyobrażam sobie ponownego zamieszkania w Polsce, jeśli nic się nie zmieni. Oczywiście, jak pisałam, kocham i tęsknię, jednak trzeba za coś żyć, a udało nam się znaleźć nasz aurea mediocritas w Turcji.


wtorek, 18 lipca 2017

Życie na obczyźnie - pozytywne aspekty

Witaj, Drogi Czytelniku!
Rok temu wyjechałam do Turcji. I do tej pory to najlepsza decyzja, jaką podjęłam. Kocham Polskę, ale nigdy w życiu nie osiągnęłabym w tak krótkim czasie tyle, co osiągnęłam w Turcji. Nie wspominając o tym, że władam biegle językiem, który był i jest przedmiotem moich studiów. Z moim mężem nie ma praktycznie żadnych problemów (oprócz znaczenia terenu skarpetkami, ale to chyba cecha wbudowana w DNA samców). Wszyscy się dziwią, jak takie małżeństwo jest w stanie przetrwać bez burz i zgrzytów. Przecież jesteśmy jeszcze dziećmi! A co z granicami kulturowymi?! No cóż, nie wymyślamy sobie powodów do kłótni i jesteśmy dosyć zgrani. Jesteśmy sami dla siebie, trochę odcięci od świata. Co prawda, mam kontakt ze swoimi znajomymi w Polsce, ale raczej ograniczamy się do facebookowych rozmów. Dobrze nam się żyje.
Co nie znaczy, że nie tęsknię za Polską. Po pół roku od przyjazdu do Turcji mialam ogromny kryzys potęgowany hormonami. Prawie płakałam z tęsknoty za pierogami, śledziami, szynką... Za nic nie mogłam przyzwyczaić się do tureckiego jedzenia (i nie mogę do dzisiaj). Poszliśmy na kompromis. Gotujemy raz polskie, raz tureckie dania. A czasami udaje nam się połączyć te dwie kuchnie, tak, żeby obie strony były zadowolone. Ja dodaję moje tymianki, majeranki, rozmaryny, kminki, zioła angielskie i liście laurowe, a mój mąż przygotowuje swoje genialne mięso. Oba żołądki są pełne i zadowolone. Co prawda, śledzi w Turcji nie uświadczę, ale pierogi nauczyłam robić się sama i F. jest w nich zakochany. Po kilku porażkach, jak na przykład niedopieczone racuchy (tłumaczyłam się tym, że my w Polsce jemy czasem surowe ciasto) czy spalonym na węgiel Türlü (według F. w Turcji lubią mocno "przypieczone" potrawy), które były KOMPLETNIE niejadalne, zaczęliśmy odnosić wiele kuchennych sukcesów. Teraz nawet nie zamawiamy jedzenia w restauracji, bo domowe jedzenie smakuje nam o wiele bardziej.
Mój mąż ma genialną pracę - formalnie - chodzi do niej jakieś 6 razy na 24 godziny w miesiącu. Nieformalnie - przychodzi po kilkunastu godzinach. Także, 24 dni jesteśmy razem. W jednym pokoju. Cały rok. Nie, nie znudziliśmy się sobą. Ani ja, ani on nie wyobrażamy sobie dłuższej rozłąki.
Udało mi się zdać bardzo dobrze sesję na uniwersytecie i będę starała się o stypendium. Kosztowało mnie to sporo poświęcenia i trochę nerwów. Nie chcę, by traktowali mnie ulgowo, ponieważ muszę nauczyć się języka.
Jest też jeden mały szczegół, o którym nie pisałam. Z racji tego, że nie mogę dostać pozwolenia na legalną pracę jeszcze przez dwa lata, zdecydowaliśmy się na dzidziusia. Jak pójdę do pracy, a mam zamiar pracować na uniwersytecie, nie będę miała czasu zajmować niemowlakiem "jak należy". A co do opiekowania się noworodkiem mam dosyć konserwatywne poglądy. Jeżeli jest taka możliwość, powinien być karmiony piersią i powinien czuć bliskość mamy. Nie jestem terrorystką laktacyjną, bo różnie w życiu bywa, ale uważam, że jeśli człowiek decydouje się na dziecko, powinien przedstawiać swoje potrzeby nad potrzeby malucha. Ale pamiętając zarazem, że szczęśliwa mama, to najczęściej szczęśliwe dziecko. Oczywiście, z mężem będziemy się starać zapewnić naszej latorośli wszystko, co najlepsze w granicach naszych możliwości. Zawsze chciałam mieć dzieci, tak samo jak F. (teraz wyobraź sobie, Drogi Czytelniku, miny i komentarze otoczenia: "Boże, dzieci robią dzieci". Bezcenne). Nie wyobrażam sobie też dzieci po trzydziestce, mimo że właśnie wtedy wiele kobiet się na nie decyduje. Ale ja nie chcę marnować tych wolnych od pracy lat. Ciążę jednak przeżylam (i jeszcze trochę przechodzę) bardzo ciężko ze względu na różne problemy zdrowotne (ale o tym napiszę kiedyś osobną notatkę).
Także, kto by się spodziewał, Drogi Czytelniku? Moje życie się poukładało. Najpierw studia (w Turcji magistra z mojego przedmiotu robią głównie osoby, które chcą pozostać na uczelni), potem małżeństwo, a następnie dziecko. Co rano budzę się z myślą, że do tej pory mi się udaje. Jestem taka za wszystko wdzięczna.






środa, 25 stycznia 2017

Irlandia

Witaj, Drogi Czytelniku!
Poprzedniego maja wyjechałam do Irlandii. Pobyt był wspaniały, ponieważ pogoda okazała się, po prostu, świetna. Mogliśmy bardzo dużo zwiedzić. Mam wiele fotografii, a kilka z nich postanowiłam zamieścić poniżej.
Irlandia to wspaniały, niemalże baśniowy kraj. Jest na tyle piękny, że mogłabym tam zamieszkać (chociaż jestem pewna, że pogoda dobiłaby mojego męża doszczętnie. My - Polacy - jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że nagle zaczyna padać deszcz i miesiącami nie pojawia się słońce). Państwo to jest bardzo górzyste, otoczone oceanem (do którego przez przypadek wpadłam. Dwa razy). Teren jest niezwykle zróżnicowany - klify, skały, kamienie, równiny, wzgórza i pagórki. Mimo, że to kraj raczej senny i spokojny, nie jest nudny. Często pojawiają się zamki i inne budowle historyczne. Jest też miejsce modłów/ cmentarz ludzi prehistorycznych.
Irlandia jest bardzo czysta. Domy wyglądają bardzo pastelowo, trawnik jest zawsze przystrzyżony, dlatego wszystko wygląda na zadbane. Mury wokół domów są kamienne i niskie, prawdopodobnie robione tylko po to, by dodać uroku. Nieopodal zabudowań pasą się zwierzęta na pastwiskach. Wszystko jest zielone, szmaragdowe, seledynowe, groszkowe, miętowe, pistacjowe, oliwkowe i malachitowe. Naprawdę, Irlandia to prawdziwie zielony kraj. Uwagę mogą zwrócić lasy. Wszystkie drzewa są zasadzone w podejrzanie pedantycznym porządku. To dlatego, że kilkadziesiąt lat temu w Irlandii wycięto prawie wszystkie lasy. Kiedy zorientowano się, jak ogromną szkodę wyrządzono, zaczęto stopniowo i skrupulatnie zalesiać kraj. Skutkuje to tym, że widać ewidentną ingerencję człowieka w naturę. Drogi są tak wściekle wąskie, że nietrudno o wypadek i dziwię się, jak Irlandczycy mogą prowadzić samochód w takich warunkach.
Nie poznałam zbyt wielu tubylców, ponieważ podróżowałam z rodziną i do rodziny, więc chcieliśmy wspólnie spędzić czas. Irlandczycy, których udało mi się spotkać byli mili, życzliwi, uśmiechnięci, skorzy do rozmowy i można mieć wrażenie, że nawet lubią Polaków. Nie odmawiają również alkoholu. Kilka razy wyszliśmy do pubu, od razu zostaliśmy otoczeni przez grupkę Irlandczyków, kibiców jakiegoś klubu. Byli bardzo szczęśliwi, ponieważ ich ukochany klub wygrał ostatni mecz (a ponoć od lat ponosił same porażki). Byli również mocno wstawieni - widać, że nie był ich to pierwszy odwiedzony pub tej nocy. Przez dwie godziny tłumaczyłam rozmowę z angielskiego na polski i odwrotnie, żeby mama mogła zrozumieć próbę flirtu jednego z zapalonych kibiców. Dla mamy było to nawet miłe i świetnie się przy tym bawiła. Dla mnie zrozumienie lekko pijanego Irlandczyka nie było prostym zadaniem, ale poradziłam sobie całkiem dobrze. Często się zdarza, że do pubu przychodzą ludzie z instrumentami muzycznymi i po prostu, zaczynają grać i śpiewać irlandzkie przyśpiewki. Reszta klientów dołącza się do nich. Generalnie, ma być głośno i jest głośno. Tak też było i tamtym razem.
Jedzenie Irlandczyków jest nawet smaczne, szczególnie zasmakowała mi zupa rybna (Irish chowder). Z racji tego, że nie spożywam alkoholu, nie piłam też słynnego Guinnessa, chociaż mama wspomniała, że bardzo jest bardzo gorzki. Udało mi się zwiedzić prawdziwy kawał Irlandii, zobaczyłam mnóstwo ciekawych miejsc, pokonując setki kilometrów. Gorąco polecam - kraj zapiera dech w piersiach. Wspomniałam chyba o wszystkim, o czym miałam napisać. A teraz - zdjęcia:






 


 


 




































czwartek, 12 stycznia 2017

Małżeństwo

Witaj, Drogi Czytelniku!
Nie pisałam postów na tym blogu od bardzo dawna. Miałam bardzo wiele powodów. Najpierw musiałam pogodzić pracę ze studiami. Postanowiłam też studiować w Niemczech, więc zapisałam się na błyskawiczny kurs niemieckiego, coby odświeżyć sobie trochę tego języka. Jak już pewnie się domyślasz - zerwałam ze swoim chłopakiem i się od niego wyprowadziłam, ale nadal się z nim przyjaźniłam. Według mnie, nie był złym człowiekiem, po prostu niespełnionym, pełnym tęsknoty za czymś, co stracił i nieszczęśliwym. Zamykał się w świecie wirtualnym. Tak jak i ja... Jestem pewna, że mogłaby pokochać go dziewczyna, która byłaby zupełnie inna niż ja, zupełnie inaczej postrzegałaby związek i przestrzegała innych zasad. Ja potrzebowałam czegoś stałego, rodziny, zobowiązania, wierności aż po grób. On chciał czegoś otwartego, flirtu, wolności. To po prostu, nie mogło się udać.
Postanowiłam, że w końcu chwycę wiatr w żagle. Następnie przyszedł czas na napisanie pracy licencjackiej. Koniec końców, nie wyszło mi to najlepiej, bo wybrałam temat, który mnie zupełnie nie interesował.
W moim życiu pojawiła się kolejna osoba - bardzo przystojny, władczy i zaborczy, bardzo inteligentny Turek. Jak się poznaliśmy? Grając w Counter Strike: Global Offensive. Jego serca nie przebiła strzała Amora, a kula z karabinu. Mojego karabinu. Podobno, zakochał się od razu i twierdził, że jestem jego przeznaczeniem. Bardzo niewiele słowiańskich kobiet, dobrze znających język turecki, gra w Counter Strike'a.
Graliśmy od tej pory zawsze razem. Nigdy nie myślałam o żadnych związkach przez Internet, na początku chciałam tylko poduczyć się tureckiego i mieć kolejnego kolegę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zaczął nazywać mnie swoją "dziewczyną". Jednakże, jak już zdążyłeś/łaś się domyślić, nie jestem specjalnie asertywną osobą.
Potem zaczął nalegać, bym przyjechała do Turcji, chciał mi nawet kupić bilet. Nie miałam powodów, by mu nie ufać, bo zdążyłam poznać jego rodzinę. Bałam się jednak, że wszystko dzieje się stanowczo za szybko. Wahałam się, ale postanowiłam wziąć koleżankę. Koniec końców, kupiłam bilet, a koleżanka mnie wystawiła. Pojechałam sama. To była najpiękniejsza podróż, jaką przeżyłam, a wyjeżdżałam dziesiątki razy. Byłam wniebowzięta.
Od tamtej pory, zaczęłam już bardzo poważnie traktować ten związek. Ze względu na to, że był to ostatni semestr na uczelni, miałam mnóstwo pracy. Nigdy nie byłam tak zorganizowana, ale miłość była moim paliwem. I witamina A. Pamiętam, jak przysłał mi kwiaty... popłakałam się ze szczęścia i niedowierzania. Jednakże, nie wszystko było w naszym związku tak kolorowe. Przeszkadzała mi jego zaborczość. Nie chciał, bym spotykała się z ludźmi, których znałam latami i bardzo lubiłam. Czasami robił awantury o to, że śmiałam mieć innych chłopaków przed nim. To rzucało ogromny cień na ten związek, ale jak sam twierdził, kiedyś miało mu przejść...
Jednakże, nikt nigdy nie kochał mnie tak jak on i to było pewne.
Porzuciłam plany o studiowaniu w Niemczech, postanowiłam wyjechać do Turcji na stałe. Spotkałam się z ogromnym oburzeniem, a najmilsze komentarze, co do moich wyborów, to: "Ale z Turkiem?!", "Chyba zgłupiałaś!" albo "Odważna jesteś". Owszem.
Czas leciał jak piasek przez palce, ponieważ miałam tak wiele do zrobienia. Ciężki kierunek, praca licencjacka i kurs niemieckiego i angielskiego. Chodziłam na siłownię cztery, pięć razy w tygodniu. Musiałam też poświęcić czas dla znajomych, dla niego. Uczyłam się godzinami, prawie w ogóle nie śpiąc. W niedziele chodziłam do znajomych, grywaliśmy w gry planszowe lub komputerowe, przestałam się z nimi spotykać miesiąc przed sesją. Starałam się nie nadużywać witaminy A, żeby potem nie mieć problemów ze zdrowiem. Schudłam bardzo mocno. Sesję zdałam świetnie, licencjat obroniłam, kursy skończyłam z wysokimi ocenami. Czułam się spełniona.
Poszłam na ostatnie spotkanie pożegnalne z moimi znajomymi, które zorganizował mój były. Koledzy kupili mi prezenty, które trzymam do dziś... To był piękny czas. Po spotkaniu czułam się beznadziejnie. Wiedziałam, że będę musiała zerwać z nimi kontakt po wyjeździe do Turcji, bo dałam słowo. Rodziców bardzo dotknęła wiadomość o moich planach. Prawie straciłam rodzinę. Koniec końców, zaakceptowali i bardzo pokochali mojego męża. Ale przeszliśmy długą, wyboistą drogę...
Wyjechałam 13 lipca 2016 roku. Dwa dni po wyjeździe do Ankary odbył się pucz. Kilkaset metrów od nas ktoś strzelał, ktoś tracił życie. Byłam wściekła na samą siebie, że przyjechałam do Turcji, ale mojemu chłopakowi udało się mnie jakoś przekonać do zostania. Poza tym, i tak mieliśmy zamieszkać po europejskiej stronie, w bardzo małej miejscowości. Potem się zaręczyliśmy i pobraliśmy. 30 września odbyło się nasze wesele...
Mój związek jest w porządku, poza kilkoma... sytuacjami, ale tak jest w każdym małżeństwie. Czasami żałuję tego, że nie mieszkamy w Polsce. Zderzenie kultur jest ogromne, chociaż zgadzamy się w wielu sprawach - na przykład mamy taką samą wizję małżeństwa. Bardzo pozytywne jest to, że jesteśmy tylko dla siebie. On nie wyobraża sobie frywolnych rozmów z innymi kobietami. Tego, czego wymaga ode mnie, wymaga od siebie. Dla Polki wydaje się być niemożliwe, że mój mąż ma hasło do wszystkich moich kont, a ja do jego; że mając 22 lata, zamiast wyjść na miasto, wolimy pić herbatę przy świecach; że oboje nienawidzimy alkoholu i go nie spożywamy; że jesteśmy konserwatywni i konsekwentni do bólu. Wiem, że nikt by o mnie tak nie zadbał i nikt by tak nie kochał, jak mój mąż.
Opowiedziałam wszystko w ogromnym skrócie. Z czasem będę rozwijać temat, jednakże o moich perypetiach w Polsce i Turcji można by napisać książkę. 





poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Zaburzenie porządku

Witaj, Drogi Czytelniku!
I znowu przeprowadzka! Tym razem do kawalerki. Na początku nawet się cieszyłam, ale teraz... Może zacznę od tego, że mieszkam w niej już tydzień, a nadal nie potrafię się zaaklimatyzować. Mam dziwny zmysł estetyczny. Kiedy byłam mała i zgubiłam kredkę z jakiegoś opakowania, to nie używałam więcej tych kredek. Kiedy zgubiłam ubranie dla lalek, nie bawiłam się nimi, aż w końcu się nie odnalazło. Wszystko musi być kompletne. Wszystko musi do siebie pasować. Ostatnio, robiąc zakupy na uczelnię, znalazłam mazaki, które nie posiadały w opakowaniu pisaka koloru fioletowego, a były wszystkie pozostałe. Jezu, jaka byłam zawiedziona. Harmonia to coś, co kocham. Gradient barw, meble tego samego koloru, pasujące do ścian, cienie, półcienie, delikatne oświetlenie. Nowe mieszkanie jest naprawdę fajne, jeżeli chodzi o wielkość, mamy trochę przestrzeni i nie jest to klitka. Problem w tym, że każdy mebel jest z innej parafii. Czuję, że nie pasuję do tego mieszkania. Problemem jest to, że mój Najdroższy nie widzi sensu w sprzedaniu mebli i kupieniu nowych. Mówi, że będziemy tu mieszkać tylko kilka lat. No właśnie... a ja będę musiała znosić mieszkanie tutaj przez... ile? 1096 dni? Nie chcę brzmieć jak niewdzięcznica, która darowanemu koniowi w zęby zagląda. Bo płacimy mało, a ja oczekuję luksusów. Nie. Chciałabym to mieszkanie urządzić tak, żebym nie czuła się w nim jak... niepasujący element. Jezu, naprawdę, nie miałam nigdy aż takich problemów z przyzwyczajeniem się do mieszkania.
Poza tym, coś jest ze mną ostatnio nie tak i nie wiem, co się dzieje. Może, jak uda mi się wyremontować i umeblować mieszkanie tak, jak ja sobie to zaplanowałam, to mi przejdzie. Mam ochotę się stąd wyprowadzić. Za wszelką cenę. I to jest właśnie straszne.



sobota, 15 sierpnia 2015

Kod Biblii

Witaj, Drogi Czytelniku!
Przywitałam się z trzecim rokiem studiów. Jedną z najbardziej pozytywnych rzeczy, jakie ostatnio zaobserwowałam, to to, że moje włosy zaczęły rosnąć. Za pół roku powinnam mieć już ich pełno.
Jestem osobą, która nie wierzy w jakiegokolwiek boga i nie wierzy w to, że cokolwiek mogłoby mnie przekonać uwierzenia. Ostatnio natknęłam się na ciekawy artykuł na temat Kodu Biblii Michaela Drosniniego. Wszystko jednak zaczęło się od Izaaka Newtona, który zaczął szukać kodu w Starym Testamencie. W dzisiejszych czasach zostało potwierdzone, że kod istnieje naprawdę. Jeśli wierzyć mitologii, Mojżesz na górze Synaj dostał od samego boga pewien tekst, który miał pokazywać ludziom jak powinien żyć dobry, pobożny człowiek. W tekście tym, oprócz zakazów i nakazów, praw i obowiązków, miał się znajdować kod. Odczytanie kodu równało się z poznaniem przyszłych wydarzeń, jakie miały nastąpić i wstrząsnąć ludzkością. Okazało się, że w Starym Testamencie znajdują się daty, nazwiska i wydarzenia powiązane ze sobą, którym można było zapobiec, jeśli odczytałoby się kod. Być może to wszystko już miało miejsce. Tak, jak w serialu „Battlestar Galactica”. Według matematyków prawdopodobieństwo 1:100 jest już dowodem na to, że coś zaczyna być podejrzane i to nie jest przypadek. Ciągi zdań w Biblii, które mają potwierdzenie w historii świata znacznie przekraczają ten wymóg. Istota, która wie wszystko, istnieje poza czasem. Bóg? Nie. To byłoby zbyt banalne.


Znam alfabet hebrajski, jako że jestem na studiach orientalistycznych, uznałam za konieczne, by się go nauczyć. Niestety, hebrajski jest językiem dziwnym. Słowa mają wiele znaczeń. Powyższe słowa mogą znaczyć „Kod Biblii”; „Ukrył Biblię”. „Ukrył Biblię” i „Zapieczętowana przed bogiem”. Dla mnie to paradoks, jak można cokolwiek ukryć przed bogiem. I kim lub czym, w takim razie, jest bóg?



Tutaj widać, jak na dłoni, że czasy, w których wynaleziony zostanie odpowiedni komputer, który odczyta kod, będą czasami ostatecznymi. Biorąc pod uwagę rozwój technologii, to być może... apokalipsa, tak żywo opisywana w Biblii, jest już blisko nas. Być może bogiem jest właśnie komputer? Lecz to by się nie zgadzało z niektórymi jego opisami. 
Oczywiście, sama podchodziłam do tego wszystkiego sceptycznie, bo w zasadzie w każdej książce, jeśli się odpowiednio ułoży litery, można wyczytać dosłownie wszystko. Lecz to nie przypadek, że każdy tekst Biblii, w którym zrobiono chociaż jedną literówkę, kazano zniszczyć. Ponieważ ta jedna literówka, jeden jedyny błąd, sprawiłby, że kodu nie dałoby się odczytać. Potwierdzeniem tezy, że Kod istnieje naprawdę są opisane wydarzenia, które miały miejsce 11 września 2001.


Kodem zajął się dr Elijahu Rips, który odnalazł go przypadkiem. Niezależnie, kod złamał gówny specjalista od łamania szyfrów w Departamencie Obrony Stanów Zjednoczonych, przeszedł trzystopniową procedurę weryfikacyjną przez jedno z wiodących czasopism matematycznych. Ripsowi udało się odczytać kod za pomocą komputera. Jego program stwierdził, że Stary Testament zawiera jakiś dziwny kod. Dopiero Doron Witzum uzupełnił model matematyczny Ripsa i ocenił, że prawdopodobieństwo przypadkowego wystąpienia tak zaszyfrowanych informacji wynosi 1:10000000. Więc nie może być przypadkiem.
Drogi Czytelniku, myślę, że sama ta próbka informacji może zachęcić Cię do zgłębienia tematu. Jestem osobą niewierzącą, ale mimo wszystko mam otwarty umysł. Czasami ateiści starają się pewnych rzeczy nie dostrzegać, aczkolwiek, stwierdziłam, że bycie ślepym na pewne sprawy to raczej domena wierzących i postanowiłam, że muszę być przygotowana na każdą ewentualność i próbować zobaczyć to, co jest ukryte. Dlatego napisałam powyższy tekst. 





wtorek, 26 maja 2015

Szczęście

Witaj, Drogi Czytelniku!
Zbliża się sesja. Tym razem wiem, że polegnę. Jestem strasznie chora, a muszę chodzić na zajęcia. Dodatkowo znalazłam pracę. Praca jest wspaniała, nie zamieniłabym ją na żadną inną. Mój szef, kiedy zobaczył, że bardzo źle się czuję, kupił mi sok malinowy i herbatę, bym mogła jakoś przetrwać. Moja mama przygotowała mi mnóstwo jedzenia, herbat, lekarstw. Doprawdy, nie wiem, kiedy to zjem. Ale najbardziej jestem wdzięczna mojemu Najdroższemu. Bardzo się mną opiekuje, w domu robi dosłownie wszystko, żeby chociaż trochę mnie odciążyć - sprząta, gotuje rosół, herbatę, pilnuje, żebym przyjmowała lekarstwa, opatula mnie kołdrą w nocy i dużo, dużo innych rzeczy. Opiekuje się też babciami, w dodatku chodzi do pracy na nadgodziny. Praktycznie nie ma dla siebie czasu, a mimo to, pomaga mi. Nie potrafię wyrazić, jak niesamowicie jestem Mu wdzięczna... W ogóle ostatnio spotyka mnie ogromna ilość sympatii ze strony innych ludzi. Bardzo mnie to podnosi na duchu. Nawet sobie nie zdawałam sprawy, jak bycie miłym potrafi poprawić innym dzień.