poniedziałek, 30 lipca 2012

Powieść pisana piórem cz. II

Witaj, Drogi Czytelniku!
Miałam tę część zostawić na później, lecz stwierdziłam, że jednak nie będę nadużywać Twojej cierpliwości.

Rozdział I cz. 2

               Gdyby w ostatniej chwili nie odzyskała czucia w nogach, prawdopodobnie pozostałaby w lesie i nie dożyła jutra. W duchu dziękowała losowi, że mężczyźni byli na tyle głupi, by zostawić pojazd na gazie. Słaniając się z bólu próbowała kierować ciężarówką po nierównym podłożu. Błoto zdawało się dla niej mieć lekko rudawy kolor. Starała się nie myśleć o tym, co ze sobą wiozła, a o wynoszeniu ciał nie mogło być mowy. Po kilkuset metrach droga w lesie odrobinkę się wyrównała, toteż nie musiała już trzymać kurczowo kierownicy. Po raz pierwszy zaczęła zastanawiać się kim właściwie jest. Odruchowo przestawiła lusterko i zerknęła na nie.
- Szlag! – Zaklęła, czego od razu pożałowała, czując jak paląca gula tworzy jej się w gardle. Włosy do ramion miała tak pozlepiane krwią, że trudno było się dopatrzyć ich naturalnego złotawego odcienia. Spod ich bardzo marnej kępki, która zapewne kiedyś była modnie przystrzyżoną grzywką, widać było bardzo duże, błyszczące szmaragdowe oczy. Twarz miała obitą, niemalże fioletową, a gdzieniegdzie nawet zieloną, co kontrastowało ze śladami rubinowej posoki wokół ust i nosa. Od łuku brwiowego aż po środek policzka ciągnęła się szrama, prawdopodobnie skaleczenie jakimś szkłem, których w miejscu zbrodni było pełno. Nos jakby zniekształcony, a już na pewno złamany. Próbowała sobie przypomnieć, co zaszło. „Nie. Nic. Muszę się przespać. Nie, nie mogę. Znajdą mnie. Dobiją…” - natłok myśli spowodował pulsujący ból w jej głowie, toteż postanowiła po prostu wyciszyć wszystkie, bo zatrzymać ich nie mogła i jak na złość przybywały wciąż nowe, drastyczniejsze. Skupiła się na drodze - zaczęło się ściemniać. Kiedy wyjeżdżała panował już całkowity mrok. Gwiazdy coraz śmielej mieniły się na niebie. Nadal bolał ją każdy centymetr ciała, co w sumie miało jedną dobrą stronę, mianowicie nie dało jej zmrużyć oka. Mimo to postanowiła zatrzymać ciężarówkę i odpocząć. Ułożyła się najwygodniej jak potrafiła na siedzeniach. Nawet nie wiedziała, kiedy objęły ją ramiona Morfeusza…
                Promienie słońca nie pozwoliły jej dłużej spać. Czuła się trochę gorzej. Może dlatego, że teraz zdawała sobie sprawę, w jak tragicznej jest sytuacji. Dawniej zapewne biała i elegancka koszula była teraz podarta i brudna, spódnica również niemalże w strzępach, a o pończochach mogła już praktycznie zapomnieć. Nie miała też butów. W takim stanie nie pokazałaby się nawet gdyby znalazła jakąś osadę. Wyobraziła sobie minę ludzi, widzących zwłoki wyglądające kolejno jak ofiary Kuby Rozpruwacza. A może to był właśnie on, tylko w bardziej nowoczesnej wersji? Futurystycznej? „O czym ja myślę!?”. Po chwili do jej nozdrzy ponownie dotarł zwalający z nóg odór. Otrząsnęła się i zaczęła grzebać po rzeczach osobistych mężczyzn. W schowku znalazła suchy prowiant, co wywołało uśmiech na jej twarzy, ponieważ: „głodna świnia wszystko zje”. Pod siedzeniami znalazła ułożone butelki wody, którą mogła zmyć ślady krwi z twarzy i włosów. Zobaczyła też gazety, w których było napisane o wydarzeniach sprzed zeszłego tygodnia oraz jakieś zboczone pornograficzne ścierwa. Westchnęła, kręcąc nosem. Była niemalże pewna, że nie cierpiała w „poprzednim życiu” wszystkiego, co było związane z nielegalnym obnażaniem się dzieci w prasie. O ile można było takie coś nazwać pismem. Natychmiast wzięła butelki i wyszła z ciężarówki. Ustawiła się tak, by była całkowicie zasłonięta, co w sumie nie miało sensu, ponieważ i tak żaden człowiek w tej chwili nie mógł jej zobaczyć. Rozebrała się powoli, jęcząc z bólu przy każdym ruchu. Załatwiła swą potrzebę fizjologiczną. Zauważyła, że w moczu również znajduję się krew. Z przerażeniem stwierdziła, że jej ciało ma wszystkie odcienie granatu aż po kolor zgniłozielony. Kiedy już zrobiła to, co w myślach nazwała mianem odświeżenia, ubrała z powrotem spódnicę i koszulę. Podeszła do klapy. Nie myśląc wiele odsunęła ją. Jej oczom ukazał się widok, który później zadręczał ją do końca życia. Fala okropnego fetoru uderzyła w jej twarz. Była to woń rozkładających się piętnastu ciał. „Nie. Czternastu.”. Zasłoniła dłonią usta, ale mimo to zwymiotowała. Machinalnie zasłoniła klapę. Trwało to wszystko dosłownie kilka sekund, lecz nawet to wystarczyło, by jej stan psychiczny nigdy nie pozostał już taki sam. Nie wiedziała, co w tej chwili ma zrobić z ciałami. „Gdzie tu jest policja?!”. Rozglądnęła się po okolicy. Wokół rozciągała się niesamowita równina. Gdzieniegdzie znajdowały się tylko spalone słońcem krzaki. W oddali widać było zarys jakichś większych skał, prawdopodobnie trzeba by było jechać wąwozem, by szukać zwiastunów cywilizacji. Las, gdzie miał się znajdować masowy grób, był już o kilka godzin w tyle. Nigdzie żadnego oznakowania, nie wspominając nawet o barze. Miejsce, które świat zapomniał całkowicie. Przypomniała sobie o radiu, by chociaż na chwilę zapomnieć o problemach, które mnożyły się niczym króliki pod jej czaszką. Jednak po włączeniu usłyszała tylko szum. Wyskoczyła jak oparzona z ciężarówki. „To jakieś zadupie… a w ogóle jak ja mam na imię?” Cisza. „Ile mam lat?” Cisza. „No, moja wszystkowiedząca głowo, może mi powiesz, czy mam rodzinę?!” Cóż, teraz jej rozum nadal zdawał się milczeć. Odpowiedział jej tylko cichy, smutny wiatr. „Wiedziałam!” Zaczęła chichotać - głośno i histerycznie. Śmiech nagle zamienił się w szloch. Płakała jak maleńkie dziecko i czuła się tak bezbronnie, bo w jednej chwili straciła wszystko. Nawet własną tożsamość. Na twarzy słone łzy sprawiły, że rany zaczęły ją niemiłosiernie szczypać i piec, lecz nie potrafiła ich powstrzymać. Padła na kolana. „Wiedziałam! Wiedziałam! Wiedziałam! Kurwaaaaa…!!!” Zaczęła uderzać pięściami w ziemię. Po chwili wyczerpana cierpieniem, zarówno psychicznym jak i fizycznym, położyła się na ziemi. Ciężarówka dawała jej cień, mimo to pot, który po niej spływał, zdawał się wypalać jej skórę niczym kwas, w miejscach, gdzie było uszkodzone jej ciało. Wpatrzyła się w niebo, którego hipnotyzujący błękit wręcz przyciągał do siebie. Poczuła, że unosi się ponad wszystkim, taka wolna i lekka… niematerialna. Trwało to dosłownie ułamek sekundy, lecz było niesamowitym przeżyciem. Wstąpiła w nią nowa siła, a może po prostu odnalazła dawniej zgubioną nadzieję? Tak jak mała dziewczynka, kiedy gubi swą ulubioną lalkę gdzieś na strychu i po latach ją odnajduje. Wstała ostrożnie i otrzepała się z kurzu i pyłu. Zlustrowała nieobecnym wzrokiem szaleńca okolicę. Otworzyła drzwi pojazdu. Znalazła zapasowy karnister z benzyną, który znajdował się pod siedzeniem pasażera. Obwiązała szmatą twarz, by nie czuć odoru rozpadających się ciał. Powoli odsunęła klapę, odkręciła wieczko pojemnika i ostrożnie wylewała zawartość karnistra na martwe ciała, a potem, uważając by nie zmarnować zbyt dużo płonnego paliwa, oblewała drogę. Kiedy już była na, mniej więcej, bezpiecznej odległości, wyjęła z kieszeni zapałki, rozpaliła i rzuciła na poprzednio rozlaną ciecz, która zapłonęła.
Dziewczyna zaczęła uciekać jak najdalej, by nie stracić życia. Przez dosłownie kilkanaście sekund w jej głowie pojawiały się upiorne obrazy. Wyobraźnia działała w szalonym tempie. Myślała o kasztanowłosej kobiecie – najpierw lekko przypieczonej, a potem rozrywającej się na strzępy przez falę uderzeniową.
W tym momencie jej ciało odrzuciło metr do góry, po czym z łoskotem opadła. Powoli, targana bólem, odwróciła się. Jej oczom ukazał się ogień trawiący furgonetkę.
Dalej musiała udać się na piechotę. Bez wody, bez jedzenia. Potwornie ranna. To zadziwiające, ile ludzki   organizm potrafi wytrzymać w decydujących chwilach. Ruszyła. Za sobą nie posiadała zupełnie nic, mimo to przed nią było jeszcze życie… Skoncentrowała swoje myśli, aby stawiać jedną nogę przed drugą. Sama była żywym trupem. Język opadł jej bezwładnie na wargi i przybrał prawie fioletowy kolor. Skóra, mimo spiekoty, stała się miejscami sinoniebieska. Pozlepiane krwią kudły opadały na twarz, przykrywając i tak dosyć jednolite pole widzenia. Nie identyfikowała tego stanu. Nie myślała już. Szła w ten sposób cały dzień i całą zimną noc. Mrozu nie czuła. Nic nie czuła…





niedziela, 29 lipca 2012

Powieść pisana piórem cz. I

Witaj, Drogi Czytelniku!
Nie będę się specjalnie rozpisywać. Coraz więcej osób przegląda ten blog, niektórzy twierdzą, że nawet jest ciekawy. Postanowiłam tutaj zamieścić maleńki kawałek mojej powieści, która nie ma jeszcze tytułu. Mam nadzieję, iż Ci się spodoba.

Rozdział I cz. 1

Czuła ostry, palący ból. „Nie, nie! Gdzie ja jestem?!”. Światło jarzeniówek wypalało wzrok. Leżała na zimnej, betonowej posadce w jakiejś piwnicy przypominającej laboratorium. Nie mogła się ruszyć, wszystko tak makabrycznie bolało. „Musiałam źle upaść” - przemknęło jej przez myśl, gdy zaczęła odzyskiwać władzę w prawej ręce. Wraz z tym przyszła nowa fala nieludzkiego bólu, tak przerażająca, że żółć napłynęła jej do gardła, powodując serię zakrztuszeń. Tego już było dość. Okropna, koszmarna gehenna. Nie potrafiła nawet określić, gdzie się tak właściwie znajduje źródło cierpienia – zarówno w klatce piersiowej, głowie i podbrzuszu. Otworzyła oczy. I dopiero to, co zobaczyła sprawiło, że zemdlała.
Ocknęła się. Nie wiedziała, po jakim czasie, w każdym razie przynajmniej ból brzucha odrobinę zelżał. Mogła teraz racjonalnie pomyśleć. Starała sobie wmówić, że ból to tylko uczucie -takie jak zmęczenie czy radość. Nic z tego. Nie próbowała nawet wstać. Uchyliła lekko sklejone powieki, lecz szybko je zamknęła z powrotem, czując, że zaraz ponownie zwymiotuje, a tego może nie przeżyć. Odwróciła głowę. Jednak upiorny obraz pozostał w jej głowie. Przed nią leżał trup. Ale nie zwykły trup taki, jakiego widzi się w trumnie podczas ceremonii pogrzebowej. Nie! Nieżywy człowiek miał powyrywane gałki oczne, a ciemność w pustych oczodołach wywoływała skrajne przerażenie. W otwartych ustach nie można było dopatrzeć się zębów. Machinalnie przejechała językiem po dziąsłach. Wydawało jej się, że straciła tylko cztery przednie zęby. Jednak w miejsce euforii znów zaczął pojawiać się przerażający obraz obnażonego trupa wywalonego na bok, bez ręki i połowy nogi odciętej tuż nad kolanem. Ów szczątki teraz znajdowały się porozrzucane nie dalej jak trzy metry za nią, czego akurat w obecnej chwili nie mogła zobaczyć, ponieważ nie miała siły więcej się odwracać i czuła strach przed tym, co się z nią stanie, gdy to ujrzy. Po budowie ciała można było wydedukować, że to kobieta. Kiedyś musiała wyglądać całkiem nieźle. Miała kasztanowe włosy, co oceniła dopiero po jakimś czasie, a nie było łatwo, bo połowa jej głowy była oskalpowana. W końcu odważyła się odwrócić, ponownie otworzyć oczy i spojrzeć znowu. Tak, nie myliła się. Przed sobą miała kobietę o kępce kasztanowych włosów pozlepianych krwią. Zauważyła również, że wokół niej wszędzie są drobne i większe szkła umazane rubinową posoką. „Nie, muszę stąd iść!”. Seria dzikich, płytkich i przerażonych oddechów. „Ucieeekaj!” - nakazywał głos w głowie - jak przypuszczała zdrowy rozsądek. A może jednak chory? Jednak zniszczone ciało zdawało się być jakby poza umysłem i prawdopodobnie miało gdzieś, co siedzi jej pod czaszką. „Trudno. Zostanę tu i zdechnę jak pies…” - zdążyło jej przemknąć przez myśl. Kolejny raz zemdlała.
Obudził ją dźwięk poruszającej się ciężarówki. Miała szczęście – o ile tak można nazwać ów sytuację, biorąc pod uwagę tę masakrę. Leżała na czymś dosyć wygodnym. Dopiero teraz do jej nozdrzy dotarł wstrętny odór rozkładu. Szybko otaksowała, że znajduje się na samym szczycie kopca niczego innego, jak trupów. Jednak gdyby leżała gdzieś w środku, nie miałaby dostępu do życiodajnej mieszanki, czyli powietrza. Nie mogła zanalizować pozostałości najbliższych ciał pod nią, ponieważ było ciemno, lecz miała dziwne wrażenie, że jej było w niemalże idealnym stanie. Oczywiście, pozostanie kilka blizn w okolicach piersi, ud, głowy możliwe, że w kiepskim stanie były też miejsca intymne, ale w porównaniu do tych, którzy prawdopodobnie nie mieli rąk, nóg lub nawet głowy i nie wiadomo, czego jeszcze, było wręcz cudownie. „Najważniejsze, by ocaleć…”. Nagle ciężarówka podskoczyła. Kobieta pomyślała, że nie wytrzyma i krzyknie, lecz wiedziała, że musi być cicho. Wyciszyła również swoje myśli, by przysłuchać się głosom dobiegającym z kabiny kierowcy. Głównie były to przekleństwa pod adresem tego, co było na drodze. Znajdowali się w lesie. „W lesie?!” - krzyknął wystraszony głos w jej głowie - „To będzie jakiś masowy grób! Albo spalą nasze szczątki!”. Szelest ściółki leśnej. Świst dosyć mocnego wiatru tańczącego w koronach drzew.
„- Nie mam siły…
- Umrzesz!
- Chwilkę, muszę pomyśleć…
- Pospiesz się!”
Toczyła w myślach rozmowę ze sobą. Przysłuchiwała się głosom wydobywającym się z przodu, tam gdzie prawdopodobnie siedziało dwóch żywych mężczyzn.
- …nie rozumiesz, Trumnianie?! Wieziemy jakieś piętnaście trupów! Jedzie stamtąd jak skurwysyn! Gdzie my to zakopiemy?! A jak zgarną nas psy? – miał mocny, gburowaty głos.
- Spokojnie... Ojciec mówił, że to załatwi. Pewnie jest już tam wykopana taka dziura, że pół miasta się zmieści. A znasz Ojca - jak mówi, tak robi… - Stwierdził i zarechotał wyjątkowo obleśnie facet, którego zwano Trumnianem. Mówił jakby znużonym głosem, przeciągając sylaby, tak jakby ciągnął tę śpiewkę od niepamiętnych czasów – A przykład masz z tyłu, tę piętnastkę szczęśliwców. – Uśmiechnął się szeroko do siebie, jakby był pewien, że to świetny żart – To już niedaleko. Już prawie jesteśmy…
- To dobrze, bo wleczemy się chyba z godzinę lub więcej… przynajmniej się zdrzemnąłem. – Stwierdził kwaśno facet o tej osobliwej barwie głosu.
Czternaście zwłok pode mną! Dalszej rozmowy nie słuchała. To jej wystarczyło. Uruchomiła już wszystkie szare komórki w jej mózgu.
„- Wyskakuj - rozkazał głos w jej głowie.
- Nie! -  zaprzeczyło ciało.
- Wyskakuj, kurwa, bo…
- Bo co?
- Bo umrzesz, głupia suko!”
„Wariuję…”- pomyślała. Podczołgała się do klapy ciężarówki, skręcając się z bólu. Nie była pewna, czy może chodzić. I czy kiedykolwiek będzie mogła poddać się tej codziennej czynności. Podciągnęła się na klapie, przechyliła… ”Już, już prawie…”. Upadła ciężko na ziemię. Zrobiło jej się czarno przed oczami, lecz mózg, nadal pracował. Musiała, czym prędzej doczołgać się do gęstwiny, w przeciwnym razie mogłaby być zauważona w lusterkach. I tym razem miała niesamowite szczęście, że mężczyźni akurat zajęci byli kłótnią. Mimo że dosyć głośno spekulowali, jeden z nich jednak coś usłyszał.
- Słyszałeś to Trumnianie?
- Co? – Odpowiedział monotonnym głosem mężczyzna o jakże osobliwym pseudonimie.
- Tak jakby… nie wiem…  Zatrzymaj się… - rozkazał gburowaty.
Z przerażeniem stwierdziła, że pojazd zwalnia. Wykonała kilka, w jej mniemaniu, szybkich ruchów, by ukryć się bardziej w zaroślach. Nie zauważyła, że przestała oddychać. Serce zabiło jak oszalałe, tak mocno, że bała się, iż mężczyźni je usłyszą, co oczywiście, było niemożliwe.
Ciężarówka zatrzymała się. Wyszły z niej dwa osobniki płci męskiej. Obaj byli bardzo szczupli, lecz jeden z nich przewyższał tego drugiego co najmniej stopę. W słońcu zalśniły ich ogolone głowy.  Oczy mężczyzn zasłaniały ciemne okulary. Ciało okalał długi, skurzany płaszcz w hebanowym kolorze.
- No i co? – Rzucił niedbale Trumnian, ten wysoki.
- Stul się, na chwilę… - warknął gburowaty, po czym zmarszczył głos. – Nasłuchuję…
Niższy mężczyzna podszedł do tylniej klapy. Były na niej ślady krwi.
- O kurwa jego mać! – Wybałuszył oczy.
- Chyba nie myślisz, że ktoś zmartwychwstał?! – Zaśmiał się szyderczo Trumnian – Objawienie! Hahaha! To jakaś sarna lub radio, lub…! – Zrobił przerażoną minę i wskazał palcem ponad głowę drugiego mężczyzny. Ten, instynktownie się odwrócił, co wywołało kolejną salwę mrocznego śmiechu żartownisia.
- Wieziemy bardzo ważny towar. Jeżeli coś nie wypali, skończymy jak oni. Z tym, że my będziemy się wcześniej modlić o śmierć… Na twoim miejscu jebnąłbym mordę w kubeł i zaczął patrzyć na sprawę poważnie. Bo zabawa już się skończyła. Jeśli nie wierzysz, to chodź tu i zobacz… – Powiedział gburowaty dziwnym, ciężkim głosem.
Wysoki facet opanował szyderczy śmiech, a jego wyraz twarzy stał się zimny, tak jak u jego kompana. Nie zdążył jednak zauważyć śladów krwi obok ciężarówki. Trzy sekundy potem, on i jego kolega leżeli zmiażdżeni na ściółce leśnej. Zmasakrowane ciała nie miały szans, by dalej funkcjonować. Zmarli na miejscu.
 Ciężarówka bardzo powoli wycofała i skierowała się w drogę powrotną. Ptaki zewsząd zdawały się wyczuwać tragedię i panujący niepokój, toteż wydzierały się jak oszalałe. Po chwili niemalże w tym samym momencie zerwały się z drzew i poszybowały w stronę słońca chylącego się ku zachodowi. Niebo miało kolor świeżej krwi, co zwiastowało koniec dnia… możliwe, że również czegoś innego…




sobota, 28 lipca 2012

Maszyna do robienia cieni

Witaj, Drogi Czytelniku!
Z każdą sekundą moje życie nabiera tempa. Ostatnie wydarzenia zapierają mi dech w piersiach ze wstrętu i obrzydzenia do mojego byłego. Ktoś powiedział mi, że moje życie jest ostrzejsze niż brazylijska telenowela - od miłości do nienawiści. Definitywna racja. Palę papierosa za papierosem. Aż nie mogę w to uwierzyć, jak mogłam się związać z tak żałosną osobą. Mózg wylał mi się uszami już dawno, ale w takim razie, gdzie ja miałam oczy?
Niedawno postanowiłam włączyć jego konto na facebooku, ponieważ już od pewnego czasu miałam dziwne przeczucie, że mnie zdradzał. I nie myliłam się. Zobaczyłam zdjęcie z inną dziewczyną, przeczytałam komentarze,  z których jednoznacznie wynikało, iż są razem. Zagłębiłam się w to bardziej i odkryłam, że zawarli związek 18 lipca. Wtedy poczułam w ustach jadowicie kwaśny smak upokorzenia, a w oczach zapłonęła mi furia.  Ten okropny oszust i cwaniak popełnił poważny błąd taktyczny. Był z nami w tym samym czasie - gdybym 19 lipca nie zadzwoniła do niego i nie powiedziała, że coraz bardziej przestaję mu ufać, bylibyśmy razem do dziś. I spotykalibyśmy się, bo w rozmowach wyraził na to chęć. Poza tym twierdził, że mu zależy. Zastanawiałam się czy do Niej napisać. Dlaczego ma krzywdzić kolejną niewinną osobę? Zrobiłam to, jednakże wiadomości niewiele obeszły tę dziewczynę. Czy Ona naprawdę nie zdaje sobie z tego sprawy, że ten człowiek zrobi jej to samo co mnie? Albo jeszcze coś gorszego… Jak można zaufać takiej osobie, skoro ma się jawne dowody na to co uczynił? Pozostaje sobie zadać pytanie: Kto jest głupszy? Głupiec, czy ten kto za nim podąża? Jednakże ostrzegłam ją, więc nie będę miała żadnych wyrzutów sumienia. Dziś do mnie napisał i prosił, bym się z nią nie kontaktowała, to o czymś świadczy. Mojej czujności w tej chwili nie da się uśpić, więc jeśli tylko Ona jeszcze się do mnie odezwie, postaram się Jej wszystko wyjaśnić.
Obawiam się, że on postanowi się zemścić na mnie za to, że jednak rzucam mroczny cień wątpliwości co do jego wiarygodności. To człowiek bez jakichkolwiek zasad moralnych. Na szczęście jestem w miarę ubezpieczona w tej chwili i jeżeli coś mi się stanie, on poniesie za to konsekwencje.
Wróciłam z pierwszej praktyki na prawo jazdy. Jeździłam sobie po pewnym mieście i podobno poszło mi dobrze. Oprócz pewnej hmm… niespodziewanej sytuacji. Próbowałam skręcić w prawo, kiedy z tamtej strony zobaczyłam rozpędzone nadjeżdżające auto. Jak najszybciej wykręciłam kierownicę i prawie sforsowałam komuś  płot, na szczęście instruktor też zdążył zareagować. Już wiem, że nienawidzę debili na drodze. Moim zdaniem w takich miejscach powinny być przede wszystkim lustra. Poza tym wszystko poszło (pojechało) płynnie. Skupiłam się na jeździe i nie myślałam o tym chamie.
Wybrałam się na zakupy z moim bardzo bliskim kolegą (który w zasadzie jest moim byłym i mogłabym Go nazywać przyjacielem, ale to słowo jest jak klątwa). Kupiłam sobie maskarę, cienie do powiek, pomadkę do ust, korektor do twarzy i konturówkę, dwie obcisłe sukienki, szpilki, parę spodni i dwie bluzeczki. 
Byłam też wczoraj z moim drugim bardzo bliskim kolegą (również moim byłym) na piwie. Pomijam, że wypaliłam mu ¾ paczki fajek. Pogadaliśmy trochę, bo bardzo dawno tego nie robiliśmy. Miły powiew szczerości.
Koniec z papierosami.









poniedziałek, 23 lipca 2012

Senne wariacje

Witaj, Drogi Czytelniku!
Tego dnia (poszłam spać ok. 2:30) miałam bardzo dziwne marzenia senne. Bynajmniej, nie były przerażające, raczej najbardziej pasuje określenie - nietuzinkowe. Nie mam pojęcia, dlaczego piszę tutaj o tym śnie, ale wydaje mi się dosyć ciekawy. Wczoraj wieczorem nakarmiłam moje kochane rybki, które  od kilku pokoleń hoduję w akwarium. Niestety, dziwnym trafem nasypało mi się odrobinkę za dużo pokarmu, ale przez to, że był bardzo drobny (lubię jak moim rybkom się wygodnie je) nie zbierałam go. Z zadowoleniem wróciłam do komputera i weszłam na czat. Kiedy przyłożyłam głowę do poduszki, zasnęłam od razu, co zdarza mi się niezmiernie rzadko.
Nagle budzę się, coś w moim pomieszczeniu mnie niepokoi. Zapalam mdłe światło, które rzuca matowy półcień na meble. Podchodzę do akwarium, po czym rzuca mi się jedna niespotykana rozmiarów ryba (jak na ten gatunek), jest osobliwie ubarwiona w ciemne kropki. Ma szeroko otwarte oczy i kły. Nieopodal widzę kolejną ogromną rybę o zabarwieniu amarantowofiołkowym nie posiadającą jednak głowy, jednoznaczne dla mnie jest, że ta pierwsza ją zaatakowała. Na kamyczkach i roślinkach znajduje się pełno normalnych rozmiarów czarnych rybek, również zdekapitowanych. Żywe ryby w pozostałych akwariach cały czas polują na swoje młode, by je zjeść (o dziwo, u mnie gupiki nie mają skłonności kanibalistycznych). Woda w akwarium jest szara. Ogromna ryba pływa wolno i wpatruje się we mnie przenikliwym wzrokiem. 
Otwarłam oczy. Leżałam na plecach w pozycji Ptaha. Pościel gładko układła się na moim ciele. Sprawdziłam godzinę, spoglądnęłam na pokój. I w tym momencie przypomniałam sobie sen.
Zdążyłam już popatrzyć w Internetowym słowniku na interpretację tych symboli. Zgadzają się. Co do joty.
Coincidence? Jest mi dosyć ciężko nawet teraz. Próbuję robić wszystko, by nie zaprzątać sobie głowy przykrymi myślami i wspomnieniami... Czekam aż przejdzie, nic innego nie mogę zrobić.





czwartek, 19 lipca 2012

Niekończąca się historia

Witaj, Drogi Czytelniku!
Zdecydowana większość poznawanych przeze mnie mężczyzn potrafiła tylko brać. W sumie mogłam się tego spodziewać. Zawsze, kiedy mi bardzo zależy na kimś, ta osoba przestaje się mną interesować. On na początku podobał mi się pod każdym względem. Był kwintesencją moich marzeń i oczekiwań wobec mężczyzny, zapewniał mnie, że wzajemnie. A teraz płaczę. Nie wierzę w te łzy… Jak to możliwe, że zawsze, gdy ktoś skruszy mą zimną skorupę, przełamie bariery wybredności, tak bardzo mnie potem krzywdzi? Przecież nie jestem złym człowiekiem, nikomu nie wadzę, nie przeszkadzam… „Wiele trzeba mocy, by umieć żyć wiedząc, jak bardzo życie i niesprawiedliwość są z sobą złączone.” Fryderyk Nietzsche. Dopiero teraz rozumiem jak gorzkie są te słowa. Najgorsze jest to, że nadal mam chorą nadzieję, mimo że wiem, iż wszystko dobiegło końca…  I teraz ja czuję, jakby ktoś wyrwał mi część mojej duszy i „odebrał ważną część mojego życia”, cóż za zbieg okoliczności…?














sobota, 14 lipca 2012

I believe I can fly

Witaj, Drogi Czytelniku!
Paradoksalnie zdecydowanie mi lepiej. Moje życie osobiste sięga dna, nie uczę się w ogóle, w domu moim zdaniem jest bałagan, ale chyba mam dzisiaj szczęśliwy dzień. W sumie doszłam do wniosku, że mimo, iż jestem zależna od kilku osób (między innymi rodziców) to przecież ja jestem panią swego życia i nikt nie ma prawa mi go uprzykrzać swoim zachowaniem. Mam ochotę wyjechać jak najdalej, rozważam Liverpool i Paryż. Znając swoją nieobliczalność, spakuję ciuchy i nikomu nic nie mówiąc, pewnego dnia zabookuję sobie bilet. Tak, ten scenariusz w moim przypadku jest bardzo prawdopodobny. Tęsknię za obcym terenem, kulturą, zabytkami i poznawaniem nowych, interesujących ludzi. Nie, to nie ucieczka, bo nie mam skąd ani dokąd uciekać. Całe życie jestem człowiekiem bezdomnym, który włóczy się tu i tam... Poza tym nie mam po co uciekać… te kilka problemów, jakie mam teraz na głowie, to w sumie błaha sprawa. Jest źle, będzie lepiej. Chodzi mi o mój związek. Powoli tracę zaufanie, które przecież jest najważniejsze. Czuję, że w Jego życiu pojawiła się inna kobieta. Najlepiej jest sprawdzić uczuciwość mężczyzny gdy się wyjeżdża. 
Jedyny szkopuł, to pieniądze, dlatego długo nie mogłabym zabawić za granicą. To już nie są czasy, kiedy budziło się załamaną psychicznie o 3:00 nad ranem, patrzyło na oszczędności i wyjeżdżało na miesiąc w okolice Rzymu… Równie dobrze, mogę się zabarykadować w domu i nie odzywać do nikogo. To chore, ale nie znam samej siebie, więc mogę tylko podejrzewać, co mi strzeli do głowy.
Na własnej skórze odkryłam kolejną prawdę życiową. Im bardziej jestem starsza, tym mniej mam pieniędzy…






środa, 11 lipca 2012

Der Weltschmerz

Witaj, Drogi Czytelniku!
Nie mam dziś najlepszego samopoczucia. Już od rana czuję pewien niepokój, lecz nie wiem czym on jest spowodowany. Jednakże nie dlatego mi smutno. Wielkimi krokami zbliża się ta okropna data, o której chcę zapomnieć, lecz wiem, że to raczej nie nastąpi. Data, w której będę myśleć tylko i wyłącznie o tym, jak to możliwe, że jeszcze żyję. Data, która była jednocześnie moim przekleństwem, jak i poniekąd wybawieniem. I wreszcie data, która diametralnie zmieniła moje postrzeganie świata i stosunek do otaczających mnie ludzi. To straszne, co jeden fałszywy człowiek może zrobić z egzystencją danej osoby.
Zastanawiam się czy kiedyś jeszcze komuś tak bezgranicznie zaufam jak wtedy. Nawet jakby mi się ktoś naprawdę niesamowicie podobał, byłabym tym kimś mocno zainteresowana, ta osoba mnie fascynowałaby pod każdym względem, czy kiedyś minie ten dziwny, ale jakże wytłumaczalny w moim przypadku, strach?
Nie ukrywam, że znalazłam podmiot moich westchnień i wzruszeń. Nie mam żadnych wątpliwości, że chcę z tą osobą być. Pozostała jednak obawa, która powoduje we mnie swoisty der Weltschmerz.
Zamykam oczy i czasami udaję, że przecież nic się nie stało. Cóż, to zawsze jest tylko krzywda jednostki. Po co mam innym psuć humor? Kiedy coś boli, trzeba bezwzględnie milczeć i iść z podniesioną głową.
Podoba mi się to, że teraz mieszkam sama, ale wyjątkowo mam ochotę porozmawiać, pośmiać się lub powygłupiać. Niestety, większość moich znajomych, z którymi chciałabym to zrobić, jest na wakacjach. W następnym tygodniu chyba urządzę małego grilla. Mam nadzieję, że handra szybko mi przejdzie…




poniedziałek, 9 lipca 2012

Cud, miód i malinki

Witaj, Drogi Czytelniku!
Nigdy więcej alkoholu na pusty żołądek przy takiej duchocie. A teraz, Drogi Czytelniku, odpowiedz sobie na krótkie i proste pytanie: co robi kulka na równi pochyłej? No właśnie. Robię to samo.
W ogóle jest mi okrutnie wstyd za moje zachowanie. No cóż, każdemu zdarzają się różne niemiłe sytuacje. Coś czuję, że akurat w tej kwestii powinnam zdobyć mistrzostwo. Ale nie… niczego nie żałuję. Ani tego strupka na plecach, ani tego, że poślizgnęłam się na płytkach i teraz znowu wróciło to dziwne uczucie w głowie (tak jakby odklejał mi się mózg, nie potrafię tego inaczej zdefiniować), ani nawet kompromitującej sytuacji w wannie, ani tego, że ktokolwiek widział moje łzy. To nie byłoby w moim stylu. Racja, byłam pijana, ale trzeba być bardzo twardym i życie przyjmować na klatę takim, jakim jest. I tak… mimo tego całego szaleństwa było mi bardzo miło. Będzie jeszcze bardziej ciekawie, bo mam dwa „questy”  do wykonania. I zrobię je.
Uwaga. Część, którą zaraz napiszę jest głównie dla maniaków. Przeglądając kilka najbardziej standardowych podręczników do fizyki, zaczynam zdawać sobie sprawę, że kilka kwestii jest porządnie przestarzałych. No tak, świat nie rzuci się do stóp jednej skomplikowanej teorii, która notabene potrafiłaby zmienić wszystko. Zatem moglibyśmy kartkami owych książek podetrzeć sobie tyłek, gdyby zabrakło papieru. Te sprawy to głównie nasze obecne pojęcie o czasie i przestrzeni, roznoszeniu się energii czy nawet budowie pól kwantowych. Wiele bardzo sceptycznych osób, trzymających się kurczowo swoich starych żelaznych zasad, pewnie złapałoby się za głowę. Niespecjalnie się tym przejmuję. Tylko jednostki posądzanie przez ogół o wariactwo są tak naprawdę geniuszami. Nie boją się zmienić świata, przeprowadzając mnóstwo eksperymentów i poświęcając swoje życie jednej, lecz stałej idei. Ale wszystko jest przecież tylko iluzją, prawda, Drogi Czytelniku?
Ludzie już od narodzin karmieni są teoriami constant, które wydają się być po prostu wygodne i łatwiejsze do zrozumienia. Nie sprawdzają czy faktycznie ich „wierzenia” są prawdziwe, ponieważ po co zmieniać to, co nie sprawiało problemów? Oto przykład błędnego myślenia. Nie wiem, czy potrafię to klarownie wytłumaczyć… Normalny człowiek widzi zwykły drewniany stół, artysta zaś, drzewo, z którego owy przedmiot był zrobiony, wzrastające w zmiennej pogodzie, zalane słońcem, pokryte kroplami deszczu... czuje jego zapach i widzi pełnię kolorów, jakie stowrzyła sama nautura... Otóż zmierzam do tego, że naukowcy, którzy zamierzają coś odkryć muszą mieć odrobinę duszy artysty w sobie. Nie mogą patrzeć na świat tak pospolicie, lecz doszukiwać się jego tajemnic.
Bardzo zastanawia mnie cząsteczka neutrino (dotychczas najmniejsza cząsteczka materii ze wszystkich). Jak trudno było uwierzyć, że podobno osiągnęła szybszą prędkość niż światło (przecież tylko foton może ją przekraczać, bo jest najmniejszą cząsteczką światła)? Oczywiście, wszyscy zaczęli się doszukiwać błędów w pomiarach. Takie na pewno się znalazły. Jak łatwo było przyjąć, że to faktycznie pomyłka  i wszystko wraca do „normy”?
Ale tutaj radziłabym pomyśleć…. Co by się stało, gdyby naprawdę wyszło na jaw, że jest szybsza? Teoria względności Einsteina byłaby obalona. Logiczne. Trzeba by było budować ludzką świadomość od podstaw. Poruszanie się z prędkością szybszą niż światło, wędrowanie w przeszłość i przyszłość, zahamowany proces starzenia to tylko niektóre z naszych marzeń, które mogłyby być spełnione, gdyby faktycznie ktoś odkrył tajemniczą cząsteczkę o rekordowej szybkości.
Innymi słowy: cud, miód i malinki.















środa, 4 lipca 2012

Bardzo pozytywny zwrot akcji

Witaj, Drogi Czytelniku!
Niedawno siedziałam w pozycji embrionalnej na fotelu i oglądałam ogromny księżyc. Miał bardzo dziwne, czerwone zabarwienie. Tego dnia była ogromna burza. Przypatrywałam się z pasją wyładowaniom atmosferycznym i myślałam o tym, co się stało. Miałam ochotę krzyczeć z euforii. Chyba zaczynam się przyzwyczajać do nagłych zwrotów akcji w moim życiu. Przejdę jednakże powoli do meritum. Ledwie napisałam na tym blogu, że mam nadzieję, iż poznam kogoś, kto będzie w stanie pokochać mnie tak zupełnie, a tak naprawdę spotkanie z tą osobą było na wyciągnięcie ręki. Nie potrafię nawet dobrać właściwych słów, by to opisać. Z miejsca wiedziałam, że to się musi udać. Czy można nazwać to intuicją? Może w pewnym sensie podświadomą inteligencją… Ale zaczynam wierzyć, że w życiu konkretnej kobiety może być chwila, w której jakaś „niewidzialna nić” połączy z nią konkretnego mężczyznę. Hmm… jeszcze parę dni temu bym to wyśmiała. Dlaczego? Dlatego, że zawsze uważałam, iż miłość wzrasta przez poznawanie samego siebie i wybranka/wybranki, a nie jest to po prostu „pierwsze wejrzenie”. Ma to jednak w sumie swoje racje z biologią (bardzo naciągane, według większości profesorów chemii i biologii „miłość” jest spowodowana ciągiem zmian w naszym organizmie) . Aczkolwiek zastanawiam się nad aspektem fizycznym. Nie mam jednak zamiaru robić tu żadnych wywodów na temat różnych teorii, które można by ze sobą powiązać, ponieważ to tylko ja mam „zryty mózg” i to tylko mnie to interesuje.
W tym miejscu jednak chciałabym przytoczyć mit o Androgyne, bo swojego czasu interesowałam się mitologią grecką. W każdym razie starożytni Grecy mieli ciekawy sposób myślenia co do poszukiwania miłości. Zresztą nie tylko oni, ponieważ nawet dzisiaj jest określenie „znaleźć sobie drugą połówkę”. Ale do rzeczy. W owym micie chodziło mniej więcej o to, że istniały postaci o nazwie Androgyne. Były to istoty obojnaczej płci. Niestety, zapatrzone w swoją siłę, zaczęły budować schody, by dostać się do bogów. Zagrożony Zeus porozcinał postaci na ludzi – kobietę i mężczyznę. Od tamtego czasu tęsknią za sobą i poszukują swojej drugiej połówki, żeby połączyć się z powrotem w jedno.
Zazwyczaj przy spotykaniu mężczyzn miałam blokadę lub wątpliwości co do związku. W tym przypadku nie miałam żadnych. To było jak przebłysk światła. Cały czas coś nieokreślonego mnie do Niego przyciąga.
 Poznawanie Jego jest cudowne. Jesteśmy do siebie w pewnym sensie bardzo podobni. Gdy patrzę na Niego, czuję, jakbym miała odbicie w lustrze swojego charakteru i upodobań. Nigdy nie poznałam osoby, z którą na wstępie miałabym tyle wspólnego. Czasem nawet żartuję, że powinniśmy zrobić test DNA, bo to zaczyna być podejrzane. W sumie mogę stwierdzić, że ma wszystko, czego od mężczyzny wymagam. Ah, jednak jestem wybredna w tym przypadku. Ale w końcu trzeba znaleźć kogoś na całe życie, więc się nie dziw, Drogi Czytelniku, że wybrałam kogoś wyjątkowego i idealnego dla mnie.