piątek, 27 czerwca 2014

In the middle of nowhere...

Witaj, Drogi Czytelniku!
Dawno nie odzywałam się na blogu. Nie było to spowodowane brakiem czasu, nawet podczas sesji, tylko generalnym poczuciem beznadziejności i bezradności. Tak, ta notatka będzie dotyczyć tylko i wyłącznie mojego życia osobistego. Mimo że sesję zdałam bardzo dobrze, niestety, nie potrafię się cieszyć i można by rzec nawet, że jestem niezmiernie nieszczęśliwą osobą.
Mam wiele problemów z moim Ukochanym. Nie potrafimy dojść do porozumienia, za każdym razem, kiedy zrobię coś nie tak lub powiem coś nie tak, nawet jeżeli chodzi o prośbę posprzątania swoich ciuchów, które walają się na krzesłach, słyszę jeden tekst jak mantrę: „Nie uda się nam, jeśli to ma tak wyglądać”. Jak wyglądać?! Naprawdę nie mam prawa do mieszkania w czystym pokoju, bo zebranie kilku ubrań z krzesła przerasta Twoje możliwości? Oddychaj... i nie mów tego.
Ja również ostatnio zaniedbałam się trochę w robieniu porządków. Ale jak człowiek żyje w ciągłym stresie, bo jest podczas sesji, a tu już prawdopodobnie musi szukać sobie nowego mieszkania, to naprawdę, nawet się nie ma siły myśleć o tym, by wstać z łóżka i maniakalnie sprzątać. Codziennie. Mój Najdroższy ostatnio stwierdził, że jestem zaślepiona. Wydaje mi się, że od tej afery, kiedy spędził noc z inną dziewczyną, przejrzałam na oczy. Po prostu boję się stracić jedyną mi bliską osobę, jedynego przyjaciela. I wydaje mi się, że od tej afery faktycznie... z każdym dniem moja miłość odrobinkę malała, a na jej miejsce wchodziła powoli, powoli irytacja.
Czy zamieszkanie ze sobą było dobrym pomysłem? Uważam, że wspaniałym. Miałam żywy obraz tego, z kim NAPRAWDĘ mam się związać być może na zawsze. Bilans plusów i minusów. I gdyby On był pewny, że mnie kocha, ta szala naszego związku przechyliłaby się pozytywnie. Mówię Mu, że Go kocham. Jeszcze Go kocham. Ale doskonale wiem, że nie będę żywić takich uczuć, do osoby, która nie kocha mnie. Po prostu moja podświadomość uznaje to za mało ekonomiczne.
Poza tym bardzo doceniam inne rzeczy, które robi. Pomaga mi gotować, nie pije, nie pali, robi zakupy... Więc naprawdę byłoby dobrze, gdyby nie to zastraszanie: „Nie uda się nam”. A przez to coraz bardziej mnie przekonuje, że faktycznie się nie uda... i doprawdy, nie mam pojęcia kto na tym bardziej straci. Mimo że naprawdę od czasu do czasu myślę, że tym razem naprawdę powiem: „To koniec”, po prostu te słowa nigdy nie przechodzą mi przez gardło. Chcę, by On je powiedział, ja sama przed sobą nie potrafię się przyznać...
Moja paranoja związana z wyglądem chyba osiągnęła apogeum. Podobam się jedynie chyba Turkom, mimo że przefarbowałam włosy na ciemny brąz. Nie wyobrażam sobie wychodzenia bez makijażu, bo to dla mnie jak trauma. Kiedy już muszę, staram się odwracać twarz, nosić okulary przeciwsłoneczne... Najchętniej nie wychodziłabym z domu, zanim nie schudnę, nie urosną mi piersi, nie poprawi mi się stan włosów, paznokci i skóry, nie znikną mi makabryczne cienie pod oczami. Być może brzmi to jak gadanie trzynastolatki i świadczy to o tym, iż jestem infantylna i powierzchowna. Ale już tylko wygląd mi został...